Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białystok. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białystok. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 sierpnia 2011

Nieistniejąca logika, chory sens.

Białystok ma całkiem niezłe reklamy. Województwo podlaskie też fajnie się promuje. Przynajmniej w porównaniu z poprzednimi latami i piszę to oczywiście wyłącznie ze swojego punktu widzenia. Filmiki promocyjne, jak to reklamówki - ładne, barwne, z pozytywnym przekazem. Na każdej niemalże podkreślany aspekt wielokulturowości. Że niby jest naszą dumą, radością i wzbogaca lokalną społeczność.

Żubr z logo województwa podlaskiego składa się z wielokolorowych pikseli. Symbolizować mają zapewne różnorodność naszej kultury. W rzeczywistości żubr ten powinien być czarny, tak jak podpalone drzwi mieszkania jednej z białostockich rodzin.

Zniszczone elewacje w synagogach w Krynkach i w Orli, zdewastowane pomniki i obcojęzyczne tablice, podpalenie domu modlitwy. To doniesienia tylko z ostatnich dwóch tygodni. Ukazuje się nam obraz całkiem nieprzyjaznego regionu, zwłaszcza jeśli dołożyć do tego relacje wielu osób z zagranicy (studentów, uchodźców, imigrantów) ich rodzin i znajomych, standardowe już ozdabianie murów swastykami i napisami przypominającymi początki ubiegłego wieku, nie tak dawne ataki na obiekty związane z Ludwikiem Zamenhofem i językiem esperanto.

Co na to władze? Smutne, ale od porządkowania tego są służby.

Co na to służby? „Przecież się nie podwoimy.

Sąsiedztwo? Pewnie się boją i nie bez powodu zresztą. A poza tym, czy policjant lub radny się nie boi? W końcu też ludzie. Tylko czy tego strachu nie można pokonać? Czy musimy poczekać jednak na biały marsz ku czyjejś pamięci?

Kim są ci ludzie, którzy tak pieczołowicie dbają o czysto polski (przymiotnik określając zbiór właściwie pusty) wizerunek Podlasia? Nazywają siebie patriotami.

Moim zdaniem poznałem w ciągu ostatnich sześciu miesięcy wiele patriotek i wielu patriotów, chociaż żadne z nich się tak nie określiło. Co ciekawe dresy noszą najwyżej do biegania lub sprzątania, jeżeli łysieją, to z powodów naturalnych, a farb używają do odświeżania pokojów, ewentualnie malowania... na płótnie. 

Działają na rzecz mieszkańców i mieszkanek Podlasia, urozmaicają ofertę kulturalną tego regionu i najzwyczajniej w świecie pracują, również NAD SOBĄ, by być jeszcze lepszymi ludźmi, choć i tak już są zajebiści i zajebiste.

Ale nie, pozwalamy prawicowym wykrętom (zarówno oszołomom z ulicy jak i demagogom zwanym politykami) zagarniać pojęcie patriotyzmu, przez co to słowo nie kojarzy się wielu Polakom i Polkom bynajmniej dobrze. Nie wyobrażam sobie, żeby moje życie było aż tak żałosne i mało wartościowe, żeby poświęcać je na gnębienie innych. Jak dużo strachu i niewiedzy trzeba w sobie mieć, żeby wylewać taką nienawiść? To chyba nawet nie jest wkurzające, to po prostu tragiczne...

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Wschód kultury

Ostatnio odbył się wernisaż wystawy „Podróż na Wschód”. Wydarzenie to, pomimo że często nawiązywało do przeszłości, tchnęło świeżością i było wiosną w środku lata. 

Sztuka nie zaszyła się bezpiecznie między ciasnymi murami galerii, ale wyszła na zewnątrz, aby pozdrowić białostockich przechodniów i przypomnieć o sobie. W pejzażu miejskim pojwiły się fokusy, których nie sposób minąć obojętnie. Najbardziej charakterystycznym z nich, kontrowersyjnym i medialnie nagłośnionym jest mapa Azerbejdżanu ułożona na dziedzińcu Pałacu Branickich z póltorej tony warzyw, które będą przez dwa miesiące sobie gnić, rozkładać się i śmierdzieć. Przesłanie artysty o sytuacji kraju wydaje się być aż nadto czytelne.

Jednak to, co okazało się być najbardziej inspirujące i wniosło w moim odczuciu najwięcej, mieści się w Starej Elektrowni przy ulicy Elektrycznej. Największe wrażenie zrobiła na mnie instalacja, wykorzystująca minimum środków (kilka dzianych strzępów porozrzucanych na podłodze w ciemnym, przypominającym ciasną, mroczną piwnicę pomieszczeniu). Automatycznie uruchomiła szereg skojarzeń z torturami, więzieniem, wojennymi obozami pracy. Odczucie, jakie wzbudziła, było piorunujące.

Samo miejsce, jakim jest budynek Starej Elektrowni, odegrało znaczącą rolę w odbiorze sztuki. Specyficzny, stęchły zapach unoszący się w powietrzu, industrialna architektura, czas zaklęty w murach i unikatowej podłodze z drewnianych klocków (coś w rodzaju bruko-parkietu) musiały wpłynąć na wyraz i odbiór prezentowanych dzieł.

Liczył się także sam dzień wernisażu, bo miło jest przecież poprzebywać wśród interesujących ludzi, a czasami i pośmiać się w duchu z tych, którzy najbardziej „snobizują się sztuką” :)

Osobiście cieszył mnie również fakt, że wystawę obejrzałam wraz z moją najbliższą rodziną i przyjaciółmi. Mój półroczny synek towarzyszył mi cały czas, wygodnie usadowiony w chuście i był najsurowszym z krytyków, gdyż naturalnie reagował na wszystko, co pobudza zmysły i przyciąga uwagę, a na widok zakonnicy odkurzającej ołtarz w jednym z filmów rozpłakał się. 

Życie kulturalno-towarzyskie Białegostoku kwitnie. Fajnie obserwować progres, uczestniczyć w wydarzeniach, które tchną świeżością i inspirują do działania. Miasto pięknieje nie tylko pod względem wizualnym, ale również duchowo, ponieważ twórcza energia zaraża, zatacza coraz szersze kręgi i uderza z coraz silniejszą mocą.

Koleżanki i koledzy z grupy inicjatywnej Akcja Kooperacja trzeba brać się do roboty! Mamy pomysły, umiejętności, chęci i zapał. Jestem pewna, że stworzymy miejsce kolorowe, wyjątkowe, fantastyczne, które nie pozostanie obojętne dla kultury, sztuki i pozytywnej, białostockiej atmosfery. 

Wprost nie mogę się doczekać!!!

wtorek, 19 lipca 2011

Ceglani samobójcy

Co jak co, ale miejscówa by się przydała. W celu wyniuchania godnego habitatu, dwójka Akcjonariuszy Kooperuszy wędrowała dziś po okolicach centrum naszego pięknego, dumnego, trochę rozkopanego miasta. Nie spodziewali się, że będzie to podróż wśród rozchwianych emocjonalnie budynków, gotowych w każdej chwili skończyć ze swym życiem.

Domy murowane mogą być różne. Zaniedbane, odnowione; z otworami zabitymi płytą wiórową, pilśniową i chrom wie jaką albo nawet nie – tu znów dwa podpunkty: z szybami całymi lub kamieniem łupanymi; z wejściem od frontu, od tyłu, gdzieś na boczku, czasami nawet bez widocznego wejścia. Jeśli jednak mają w sobie „coś” (i nie mam tu na myśli wmurowanego w ścianę trupa), to bardzo prawdopodobne, że grożą zawaleniem. Informują o tym tabliczkami przymocowanymi w najbardziej transparentnych miejscach. Może robią to specjalnie, żeby im ktoś pomógł?

„Depresja zawaleniowa” dopada zwłaszcza te budowle, które znajdują się najbliżej szczególnie ważnych miejskich inwestycji. Można byłoby pomyśleć, że dolegliwość ta przenosi się drogą kropelkową. W jednym momencie niemalże, postanawiają się te biedne istoty zawalić. Czasami wolą nie czekać i palą się (bynajmniej nie ze wstydu) raz, a jak nie daje to skutku to i kilka razy. Był taki przypadek na Sienkiewicza...

Co ciekawe, ich drewniani krewni nie wykazują symptomów głębokiej niechęci istnienia. Walą i palą się bez ostrzeżenia. Właściwie, to im jest trochę łatwiej.

Szalenie przyjemnie byłoby ocalić coś ze starej tkanki miasta i tchnąć w nią nowe życie. Tylko trzeba „byłoby” zamienić na „będzie”.