Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ernest. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ernest. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 września 2011

Człowiek kasztanowi wilkiem

Powoli i pogodnie zbliża się do nas jesień. Liście zaczynają zmieniać kolory, słońce nie daje jeszcze za wygraną i raczy nas swym ciepłem, a co szczególnie radosne - zdechła już większość komarów. Oddalamy od siebie wizje corocznej kaszany jaka nastąpi już niebawem, kiedy to chodniki zamienią się w rozległe kompostowniki z gnijącymi odrzutami roślinnymi, zmieszanymi z psimi odchodami. Deszcze zacinające po twarzy, wilgoć wnikająca między ubrania. Z jednej strony szarość, z drugiej oczojebne kalosze we wzory, które dawno już stały się passe. Ale to przed nami, a w tym momencie cieszmy się ostatkami lata, którego rozkładającego się trupa będziemy wkrótce oglądać.

Są ludzie, którzy świadomi upływającego czasu korzystają z pięknych dni. Spacerują parami, cieszą się, obdarowują pocałunkami, grzeją nawzajem łapki w miłosnych uściskach. Idealny przykład takiego tandemu przytuptał na skwerek za Urzędem Stanu Cywilnego. Dostojny młodzieniec z arafatką na szyi i dama jego serca w rureczkach pomykająca. Piękni, młodzi i zdrowi jak biologia nakazuje. W pewnym momencie przystają, wzrok kierują ku górze i twarze ich rozpromieniają się w bananowych wyrazach gemb. Kasztany! Świeże i niedostępne poniekąd ze względu na różnice wzrostu fotosyntezującego olbrzyma i dwójki naczelnych pod nim stojących.

Rurecznica przystępuje więc do ataku wymownym spojrzeniem na chłopaka.

“Jeśli nie chcesz mojej zguby,
Zdobądź mi kasztana luby.”

Ponieważ Arafaciec nie może zawieść oblubienicy, chwyta pełną butelkę wody Perlaż lub innej modnej Spodtaterzanki (pamiętajcie, że noszenie poręcznej buteleczki H2O w garści podczas spaceru jest trendy, tak jak pomaganie zresztą) i pruje nią raz po raz w koronę drzewa. Z początku efekt znikomy, głównie słychać trzask gałęzi, spada trochę liści, ale w końcu jest! Przedmiot pożądania nimfy nadobnej - brązowa kulka w mięsistej, kolczastej łupinie - trafia do jej rąk. Swoją drogą, jak to niewiele do szczęścia potrzeba.

Radość gołąbeczków nie trwała jednak długo, gdyż ich sielankę postanowiła zakłócić sprzątająca w pobliżu kobieta. Podleciała zaraz na miotle, a właściwie z miotłą i jak to prawdziwa, dwulicowa wiedźma rzekła sympatycznie:

- A co wy tu robicie drogie dzieci?
- Zbijamy kasztany - odrzekł Arafaciec z wyrazem triumfu na przedniej części głowy.
- (Dobrze, że nie bąki) - dodał w myślach narrator.
- Ależ kochani! Wkrótce pospadają same, będzie leżeć ich tu całe zatrzęsienie. Czy musicie tak walić w te drzewo?
- Ale to czekać trzeba, a później takie nieświeże leżą. Niefajne takie.

Kobieta nie rozumiejąc, że młodzież zbiera zapewne surowiec na nalewkę, straszyć poczęła:

- A gdybym tak Twoich zębów zachciała i zamiast czekać, aż będą stare, zepsute, nieświeże i wypadną same, przydzwoniłabym ci ja miotłą w gębę i wybiła kilka? Fajnie by było?

Młodzieniec, który zapewne kilka części Piły widział, miał cień powodu aby starowince uwierzyć i biorąc Rurecznicę pod rękę ewakuowali się, żeby nie było wątpliwości, z minami oburzonymi. Sprzątaczka natomiast wróciła na posterunek, by nadal zaczajać się na boru ducha winne stworzenia hipsterogenne.

I cóż wyniesiesz z tej porywającej jak szczaw na łące opowieści? Gdziekolwiek jesteś, strzeż się leśnej zmory, która może Cię nauczyć cierpliwości. Taka ekologiczna opowiastka do straszenia dzieci przed snem.

środa, 7 września 2011

Przez sen tworzenie

W marzeniach jest pięknie, wspaniale, bezproblemowo, szajning i takie tam złocenia. Chcesz założyć wyjątkowy dom pogrzebowy? Nie ma problemu. Klientów i klientek nie zabraknie. Realizujesz najbardziej wybujałe scenariusze pogrzebów humanistycznych, śpiewy bałkańskie przy spuszczaniu w dół trumny w kształcie Dolly Parton, najazd karłowatych raperów na jednorożcach podczas stypy, nagrobek z piernika...

Z marzeń przechodzisz do realizacji i już nie jest tak fajnie. Miejscowy ksiądz staje w konkurencyjne szranki i podbiera klientów, turbo-folkowym divom psują się samoloty, przychodzi pozew o wykorzystanie wizerunku Dolly, raperzy strajkują, koniom odpadają z łbów stożki itd.

I co teraz? Kopnąć się motywująco w ośrodek zawziętości i realizować plan z całym bogactwem nieistniejącego jeszcze inwentarza czy ograniczyć jednak fantazję, uskromnić zamiary i zaśpiewać samemu, dogadać się z duchownym a kopytnego wierzgającego zmienić na bujanego?

Akcja Kooperacja powoli tego doświadcza. Co prawda, nikogo jeszcze nie chowamy, ale zdarza się już, że ktoś (nawet my sami i same sobie) lub coś strzyka nam śliną w oczy śmiejąc się przy tym sardonicznie. Rozdziawia się do tego i ukazuje przeżutą tartę z jabłek w jamie chłonąco-trawiącej.

Pierwszym naszym zepsutym odrzutowcem Lepy Breny okazał się statut. Niby porządkuje, niby pomaga. Ale tu już trzeba było zrezygnować z produkcji wahadłowców a tam porzucić pragnienie toczenia stali albo prowadzenia restauracji ĄĘ. No nijak nie masz sposobności.

Później z kopyta policzkuje biznesplan. Bądź mądry i baw się w jasnowidzkę. Zgadnij ile czego Ci zejdzie, jak się skutecznie zareklamować lub jakie ceny wprowadzić za rok. Sprawdzamy, męczymy, obgryzamy długopisy, strzępimy języki na podpytywanie.

I gwoździe programów (znaczy się spotkań) - na pewno nie do trumny - czyli informacje, że tu nam nie pomogą, tam nam czegoś nie użyczą, gdzieś indziej trzeba się będzie przebijać młotem pneumatycznym przez beton.

Aleeee... kto by się tam stresował przy tak wspaniale pomarańczowym niebie, jakie właśnie widzę, gdy odwracam się od monitora. Załatwi się młota, skończy biznesplan, a abstrakcjami i nierealnymi marzeniami niech zajmie się pewne Tworzywo. Idę na spacer.

środa, 24 sierpnia 2011

Nieistniejąca logika, chory sens.

Białystok ma całkiem niezłe reklamy. Województwo podlaskie też fajnie się promuje. Przynajmniej w porównaniu z poprzednimi latami i piszę to oczywiście wyłącznie ze swojego punktu widzenia. Filmiki promocyjne, jak to reklamówki - ładne, barwne, z pozytywnym przekazem. Na każdej niemalże podkreślany aspekt wielokulturowości. Że niby jest naszą dumą, radością i wzbogaca lokalną społeczność.

Żubr z logo województwa podlaskiego składa się z wielokolorowych pikseli. Symbolizować mają zapewne różnorodność naszej kultury. W rzeczywistości żubr ten powinien być czarny, tak jak podpalone drzwi mieszkania jednej z białostockich rodzin.

Zniszczone elewacje w synagogach w Krynkach i w Orli, zdewastowane pomniki i obcojęzyczne tablice, podpalenie domu modlitwy. To doniesienia tylko z ostatnich dwóch tygodni. Ukazuje się nam obraz całkiem nieprzyjaznego regionu, zwłaszcza jeśli dołożyć do tego relacje wielu osób z zagranicy (studentów, uchodźców, imigrantów) ich rodzin i znajomych, standardowe już ozdabianie murów swastykami i napisami przypominającymi początki ubiegłego wieku, nie tak dawne ataki na obiekty związane z Ludwikiem Zamenhofem i językiem esperanto.

Co na to władze? Smutne, ale od porządkowania tego są służby.

Co na to służby? „Przecież się nie podwoimy.

Sąsiedztwo? Pewnie się boją i nie bez powodu zresztą. A poza tym, czy policjant lub radny się nie boi? W końcu też ludzie. Tylko czy tego strachu nie można pokonać? Czy musimy poczekać jednak na biały marsz ku czyjejś pamięci?

Kim są ci ludzie, którzy tak pieczołowicie dbają o czysto polski (przymiotnik określając zbiór właściwie pusty) wizerunek Podlasia? Nazywają siebie patriotami.

Moim zdaniem poznałem w ciągu ostatnich sześciu miesięcy wiele patriotek i wielu patriotów, chociaż żadne z nich się tak nie określiło. Co ciekawe dresy noszą najwyżej do biegania lub sprzątania, jeżeli łysieją, to z powodów naturalnych, a farb używają do odświeżania pokojów, ewentualnie malowania... na płótnie. 

Działają na rzecz mieszkańców i mieszkanek Podlasia, urozmaicają ofertę kulturalną tego regionu i najzwyczajniej w świecie pracują, również NAD SOBĄ, by być jeszcze lepszymi ludźmi, choć i tak już są zajebiści i zajebiste.

Ale nie, pozwalamy prawicowym wykrętom (zarówno oszołomom z ulicy jak i demagogom zwanym politykami) zagarniać pojęcie patriotyzmu, przez co to słowo nie kojarzy się wielu Polakom i Polkom bynajmniej dobrze. Nie wyobrażam sobie, żeby moje życie było aż tak żałosne i mało wartościowe, żeby poświęcać je na gnębienie innych. Jak dużo strachu i niewiedzy trzeba w sobie mieć, żeby wylewać taką nienawiść? To chyba nawet nie jest wkurzające, to po prostu tragiczne...

środa, 17 sierpnia 2011

Kłirzyca

15 sierpnia 2011r., Park Planty przy fontannie na Alei Zakochanych, godzina... późna. Leżymy z Bliską Sercu Duszą na brzegu niekwestionowanej atrakcji turystycznej stolicy województwa podlaskiego. Wokół mnóstwo ludzi, reflektory uderzające strumieniami światła w korony drzew, zgięte po przekątnej kartki papieru stojące niejako na tafli wody (przyjmijmy, że przedstawiają ptaki) oraz muzyka - momentami niepokojąca i przywołująca sny o ludziach rozciąganych na kole w ruinach zamku, momentami uspokajająca i stwarzająca przestrzeń do lepszych jakościowo rozmyślań. BSD zdradza pragnienie o życiu w komunie. Miała na myśli coś w rodzaju hippisowskiej wspólnoty, nie tęsknotę do wyrobów czekoladopodobnych, przynajmniej mam taką nadzieję. 

Kiedy mówiła o wspólnym podejmowaniu niektórych decyzji, niezamykaniu się wyłącznie na bliski kontakt z partnerem czy partnerką, dzieleniu się zacieszami i podkowami na gębie (oby nie chorobami), przypomniał mi się serial "Przyjaciele", a że żywię do tej produkcji pewien sentyment, to pomysł komuny mi się spodobał. To nawet kłirowe. Chyba mogę w skrócie stwierdzić, że kłir (albo jak kto woli: queer), to coś niemieszczącego się w normach społecznych. Nie mogę? Ha! Słowo się pisnęło i jest to już problem Twojej percepcji, idź ugotuj se bobu. Jak pisze Chmielewska: „Jeśli ktoś nie lubi bobu, jest wynaturzonym dziwolągiem i niech sobie tyje, ile mu się żywnie podoba.

Koniec złośliwości, wracam do tematu.

Jest już więc kłirowa jednostka (nie)społeczna. Do tego dołożyć życie zawodowe w postaci spółdzielni, która rządzi się po części własnymi prawami (statutem), gdzie każda osoba wchodząca w jej skład jest równoprawnym współwłaścicielem lub równoprawną współwłaścicielką (a jeśli nie określa płci, równoprawn współwłaści - równowłaści).

I w ten sposób mamy życie poza schematem, a trochę się w nim mieszczące, generalnie nieszkodliwe dla kogoś spoza.

Oczywiście, nieuniknione będą spory, kłótnie, walka na wazony, duszenie krawatem, rozbijanie kieliszków w zwolnionym tempie, rzucanie tortami i bukietami kwiatów. Trik polega na tym, żeby się dogadać, nie wychodzić, nie trzaskać drzwiami. Żeby po wszystkim posklejać zastawę, rozluźnić krawat, wytrzeć twarz z kremu i włożyć wiechcie z powrotem do wody. Czemu by nie? W końcu są gorsze rzeczy na świecie.

środa, 10 sierpnia 2011

Portrety i monety - policz kobiety.

Podczas przejażdżki rowerowej możemy doświadczyć ataku różnych istot, zjawisk i rzeczy. Agresorem może być drzewo, durszlak, znak drogowy, tona gnijącego Azerbejdżanu, wombat. W piątek, przy przejeżdżaniu przez Rynek Kościuszki, dopadła mnie wystawa Narodowego Banku Polskiego i Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy - "Portrety i monety".

Wspaniała inicjatywa, szczytny cel, sławne twarze i monety... monety na palcach, uszach, w oczodole, w dłoni i na dłoni, w buzi i gdzie nie tylko. Teraz pytanie: Co tu jest nie tak?

Zapewne wiele rzeczy, ale proszę drogi czytelniku, droga czytelniczko obejrzeć wszystkie fotografie po kolei. Nic? To proszę wrócić do początku i tym razem idąc wzdłuż wystawy policzyć kobiety.

Otóż na 62 wystawione w Białymstoku zdjęcia kobiety znajdują się na... 10. Wśród dostojników kościoła, polityków, reżyserów, prezesów, sportowców i aktorów znajdziemy 4 aktorki, 2 podróżniczki, 2 prezenterki, lekkoatletkę i kobietę, pod nazwiskiem której jest puste pole (żona Czesława Niemena). 

W porządku, może taki był zamysł autora, może taka była koncepcja, ale po powrocie do domu z ciekawości zaglądam na stronę internetową, gdzie opisana jest wystawa i czytam: 

"Na ponad 100 fotografiach znaleźli się wybitni przedstawicielE świata kultury i życia społecznego, aktorzy, ekonomiści, sportowcy, medaliści olimpijscy oraz podróżnicy, którzy prezentują najpiękniejsze monety okolicznościowe NBP."

Otóż jak się okazuje najwybitniejszymi przedstawicielKAMI polskiego świata kultury i życia społecznego są głównie aktorki i prezenterki. I nie żebym zarzucał coś autorowi zdjęć, albo tym bardziej żebym negował dorobek tych wspaniałych kobiet, które z przyjemnością oglądam i słucham. Odniosłem po prostu smutne wrażenie, że pominięto wiele ważnych postaci, choćby Janinę Ochojską, Hannę Suchocką, Agnieszkę Holland, Marię Janion, Agnieszkę Graff i wiele innych. Kobiety nauki, polityki, społeczniczki, kobiety, które osiągnęły o wiele więcej niż niejeden mężczyzna. Może w innych miastach dobór sylwetek był lepszy, może wymienione akurat przeze mnie panie są trudno dostępne albo odmówiły, co nie zmienia faktu, że przy niewielkim wysiłku można byłoby poszukać więcej i bardziej różnorodnych postaci kobiecych jakże ważnych dla kultury i społeczeństwa.

Nieświadomie (jak podejrzewam) twórcy akcji pokazali rolę kobiet w polskim życiu publicznym, jako dobrze wyglądających, ale mało istotnych, ozdób i urozmaicenia w męskim świecie.

Tymczasem w naszym zalążku spółdzielni najbardziej pracowita i zdeterminowana do działania jest właśnie kobieta i chwała jej za to. 

P.S. W trudnych chwilach, pamiętaj Aniu, że postawiłem Cię w klasyfikacji ponad Joannę Szczepkowską ;D

środa, 27 lipca 2011

Zazwięrzęcenie posta

Lubię przypominać sobie, jak myślałem o swojej przyszłości kilka miesięcy, pół roku, rok wcześniej. Przy każdym takim „odlocie”, spowodowanym najczęściej wąchaniem farby drukarskiej na kartkach nowej książki, dziwię się (albo tylko udaję) jak to sprawy zaszły.

I tak np. w styczniu bieżącego roku mrówkojad z kulawą trąbą by się nie spodziewał, że ten tutaj piszący egzemplarz człowieka będzie za ponad cztery miesiące zrywał z twarzowej części czaszki czerwoną taśmę i w centrum miasta, na chyboczących się kończynach, bleblał przez megafon wśród współczłonków i współczłonkiń zacnej Grupy IRIS. Do której zresztą przystąpił ciut wcześniej na zasadzie „choćby mury pękały a skały defekowały”.

Kremowym pingwinom z wiadrami by się nie przyśniło, że włączy się toto w działanie teatru amatorskiego, choć zna się na tym jak bażant na kręceniu muchy.

Sroki, co zawracają nad naszym niebem, gdyż nie mogą przekraczać strefy Schengen, zrobiły skrzydełkami facepalm, kiedy wepchał się jeszcze do stowarzyszenia pełnego kultury i dialogu, które 9 łamane na 12 ma w nazwie.

Ale mało mu i tego, zachciało się jeszcze ekonomii społecznej. Bezczel jeden!

Z premedytacją i kierując się czystym egoizmem działa wśród ludzi, z ludźmi, dla ludzi i jeszcze śmie mieć z tego powodu satysfakcję.

Zamiast zajmować się sprawami światowymi, rozprawiać godzinami o zgonach wielkich piosenkarek, płakać w statusach i opisach zanawiasowanymi średnikami oraz kłócić się z przechodniami o to, co miał na myśli minister X w radiu S, to toczy się chłopię na zdezelowanym dwukołowcu w tę i nazad, rozkminia lokalność, dyskutuje, czasem się kłóci (momentami ze sobą) i uciechę ma z tego.

I niech mu się wiedzie. Niech mi się wiedzie. I tego sobie życzę 27 lipca, ot tak, bez osobistej okazji.

wtorek, 19 lipca 2011

Ceglani samobójcy

Co jak co, ale miejscówa by się przydała. W celu wyniuchania godnego habitatu, dwójka Akcjonariuszy Kooperuszy wędrowała dziś po okolicach centrum naszego pięknego, dumnego, trochę rozkopanego miasta. Nie spodziewali się, że będzie to podróż wśród rozchwianych emocjonalnie budynków, gotowych w każdej chwili skończyć ze swym życiem.

Domy murowane mogą być różne. Zaniedbane, odnowione; z otworami zabitymi płytą wiórową, pilśniową i chrom wie jaką albo nawet nie – tu znów dwa podpunkty: z szybami całymi lub kamieniem łupanymi; z wejściem od frontu, od tyłu, gdzieś na boczku, czasami nawet bez widocznego wejścia. Jeśli jednak mają w sobie „coś” (i nie mam tu na myśli wmurowanego w ścianę trupa), to bardzo prawdopodobne, że grożą zawaleniem. Informują o tym tabliczkami przymocowanymi w najbardziej transparentnych miejscach. Może robią to specjalnie, żeby im ktoś pomógł?

„Depresja zawaleniowa” dopada zwłaszcza te budowle, które znajdują się najbliżej szczególnie ważnych miejskich inwestycji. Można byłoby pomyśleć, że dolegliwość ta przenosi się drogą kropelkową. W jednym momencie niemalże, postanawiają się te biedne istoty zawalić. Czasami wolą nie czekać i palą się (bynajmniej nie ze wstydu) raz, a jak nie daje to skutku to i kilka razy. Był taki przypadek na Sienkiewicza...

Co ciekawe, ich drewniani krewni nie wykazują symptomów głębokiej niechęci istnienia. Walą i palą się bez ostrzeżenia. Właściwie, to im jest trochę łatwiej.

Szalenie przyjemnie byłoby ocalić coś ze starej tkanki miasta i tchnąć w nią nowe życie. Tylko trzeba „byłoby” zamienić na „będzie”.

czwartek, 14 lipca 2011

O(!) Statucie!

Statut. Z pozoru rzecz nudna i pokręcona jak top lista bałkańskiej muzyki pop. Wąż rozdziałów, paragrafów, artykułów, punktów i podpunktów, terminy zawite, „praca i płaca” i jak to w prawdziwej fabule grozy „załatwianie” uchwał, członków, biegnących terminów - dosłownie wszystkiego. Gdy człowiek zbliży się do tej regulaminowej Gorgony i ogarnie wzrokiem jej niebotyczne rozmiary, dołoży do tego stronice Prawa Spółdzielczego i przykładowe statuty, odruchowo cofnie się o krok i wyda okrzyk przerażenia, a przynajmniej posępne mruknięcie.

Dedlajn jednak na horyzoncie i żadnej drogi ucieczki, bo „skoro chcieliście i chciałyście, to macie...”. Więc gromadzi się ta grupa optymisto-realistów i optymisto-realistek i zabiera się do pracy, jak chłop, czy ewentualnie baba, do jedzenia ślimaka.

Czytają powoli jak żółw ociężale,
Niektóre osoby patrzą ospale,
Trudne są hasła w tym bagnie mozołu,
Wytrwale to jednak rozwieją pospołu,
I biegu przyspiesza, pracują chędogo,
Tłumaczą, myślą, dyskutują mnogo.

W pierwszym rozdziale sprawy ogólne,
Podstawy, miasto i obszary wspólne,
W drugim cele i przedmiot działalności,
Po co i na co, szalone ścisłości,
Trzeci rozpatrzy, co i kto może,
Praw i obowiązków kolejne rozdroże.

Czwarta część wskaże zasady współpracy,
Piąta wkłady do spółdzielczej tacy,
Szósta konkretnie o naszej robocie,
Siódma o stołkach i zapasach w błocie,
Gdzie Rada Nadzorcza i Zarząd Spółdzielni,
Takoż do rządzenia, jako i do kielni.

Ósmy rozdział o skromnym majątku,
Rzeczy niemożliwe w dziewiątym są wątku,
Dziesiąty na koniec, tylko jedno zdanie,
Dowiesz się jakie, kiedy spojrzysz na nie.

Tak to to, tak to to przejrzeliśmy i przejrzałyśmy wszystko. Wątpliwości i nieścisłości od groma. Nie był to jednak kres zmagań, lecz dopiero początek, bo święta trójca - a z występami gościnno-doradczymi nawet czwórca i piątnica (pozdrowienia dla Łomży) – musiała jeszcze raz zmierzyć się ze Statutem, bo literówek, błędów stylistycznych i nierówności płciowych nie ustrzegł się nawet sam KRS.

Na deser gąszcz kategorii Polskiej Klasyfikacji Działalności i tu ze śmiechu bić głową o ziemię można. Bo któż w poważnym spisie spodziewałby się hodowli krokodyli, emu, produkcji statków kosmicznych i zatrudniania wróżbitów? Na pewno ja.

Jeszcze tylko kosmetyka i strzeż się OWOPie naszego dziecięcia-monstrum, które wkrótce do Was przyprowadzimy!

wtorek, 5 lipca 2011

Gustawa dylematy przedśmiertne

Gustaw umiera. Leży na łożu śmierci i za chwilę zasadzi kopa w ten nieszczęsny kalendarz, w którym już dawno nikt nie zrywał kartek minionych miesięcy, o przesuwaniu czerwonego okienka na przezroczystej tasiemce nie wspominając. Jeśli przy narodzinach człek jest tabula rasa, to Gucio wszedł w etap pisania ostatnich zdań epilogu. I właśnie strach przed takim momentem, w którym wypadałoby podsumować swoje życie, a nie będzie się miało większych osiągnięć oprócz spłaconego kredytu na mieszkanie, namieszał mi w głowie. Ten tam dogorywający Gustaw może co najwyżej westchnąć lub rzucić budzikiem w okno, za to, że mu nie zadzwonił wcześniej. Ja, mający teoretycznie więcej dni przed sobą, mogę coś z tym dylematem zrobić.

Praca dająca przyjemność i satysfakcję. Takowe zdanie wypowiedziane w kierunku biurowej mrówy, grozi ranami zadanymi zszywaczem, ołówkiem między żebrami i przypięciem kartki „Kopnij mnie” do tylnej części koszuli. Ja, mimo wszystkich opinii niedowiarków i uśmiechów politowania, wierzę w to, że można utrzymywać się z tego co się lubi, wśród ludzi, z którymi zawsze możesz się dogadać i to tu w Polsce Ź, a nawet teraz, w czasach napierającego „zepsutego” Zachodu. I jako wzorcowy element demoty-fejsbukowego pokolenia odwracam się do tych nieszczęsnych Gustawów i mówię „No to patrzcie!”