Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lech. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lech. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 września 2011

Małe i duże miasteczka

Pozdrawiam z małych i dużych miasteczek. Tych pozornie pustych i innych, nieco sztucznie wypełnionych obietnicami lepszego życia. Spóźnione wakacje dopadły w końcu i mnie tuż przed publikacją tego leniwego, spóźnionego posta. Podróżuję teraz troszkę po Polsce w poszukiwaniu chleba i zazwyczaj go znajduję. Chleb? Więc czemu wakacje?! Wakacje od Białegostoku. To na pewno. Nie mam większych problemów z oddzieleniem od siebie czasu pracy i wypoczynku, bo zbyt często i niebezpiecznie zlewały się one ze sobą i teraz w wielu przypadkach ciężko odróżnić mi jedno od drugiego. Tak więc zabawianie klientów pewnej sieci komórkowej w nowootwartych salonach na terenie całej Polski dostarcza mi dziką, wakacyjną przyjemność i coś na kształt wypoczynku. Pomijam tu świadomie pewne mroczne, marketingowo-promocyjne aspekty mojej działalności. Nie warto się tym przejmować. Fajnie, że można się trochę poruszać, pobiegunować” jak Ci staroobrzędowcy uciekający przed złem tego świata. Fajnie, że jest coś do roboty. 

Zapraszam do środka, uśmiecham się. Gadam dużo, bo tak wypada, tego się po mnie spodziewają. Kto? Naturalnie, że organizatorzy mojej pracy. Przecież nie klienci... Należy od razu przejąć inicjatywę i zachęcić do pierwszego kontaktu, zanim ktoś da wyraźny sygnał, że nie jest zainteresowany, ani rozmową, ani nawet zdawkowym odwzajemnieniem uśmiechu. Jeżeli zaatakujesz wyjątkowo precyzyjnie i entuzjastycznie, a rezultat będzie nijaki to przynajmniej wiesz już, że wykonałeś wszystko co w Twojej mocy, aby zainicjować komunikację. Nie muszę nikogo na nic namawiać. Nie muszę nikomu wciskać wątpliwej jakości produktów bądź usług, bez których mogliby się śmiało obyć. Każdy człowiek wchodzi do salonu z własnej, nieprzymuszonej woli. Wtedy proponuję szybki, niby spontanicznie zaimprowizowany konkurs. Dostosowuję jego charakter do pospiesznie typowanego rodzaju klienta bazując na wymianie kilku pierwszych zdań. W końcu nie każdy lubi śpiewać i tańczyć, recytować wierszyki albo robić jaskółki za nagrody. To jest domena grup rodzin z małymi dziećmi. Z dorosłymi wystarczy tylko chwilę luźno pogadać i zaproponować niewinny quiz związany z promowaną marką. Ostatecznie, ci najbardziej oporni wobec wszelkiej aktywności dostają prezent na piękne oczy. Później każdy dostaje kawałek ciasta i wtedy uwalniam ich od swojego natrętnego towarzystwa. Czasami nawet podpisują jakieś umowy. To oczywiste, że każdy dostaje upominki, a raczej tzw. materiały promocyjne związane z marką. I w tych wszystkich małych i dużych miasteczkach większość ludzi oczekuje, często w oficjalnych deklaracjach, że tajemnicza skrzynka z nagrodami kryje w sobie co najmniej telefon komórkowy dopasowany do ich idealnego wyobrażenia. Macie naturalnie świadomość, że są to płonne nadzieje. 

Ciekawe czy w odległej przyszłości... w naszym SSAKu mogłaby kiedykolwiek wykiełkować podobna, niby niewinna, a w gruncie rzeczy bardzo cyniczna idea promocyjna. W końcu każdemu może się kiedyś przytrafić sukces. Czy tego chce czy nie. Tak jak cegła spadająca na głowę lub poślizg na mokrej podłodze w łazience. Z takiej olimpijskiej perspektywy może się nagle zmienić spojrzenie na tych wszystkich ludzi, którzy żyją, pracują i umierają we wszystkich małych i dużych miasteczkach.

sobota, 20 sierpnia 2011

Nieznośna ciężkość patosu

Spółdzielnia socjalna na etapie grupy inicjatywnej to bardzo eteryczny twór. „Eter” to według pewnego bardzo przydatnego słownika: „wypełniający Wszechświat ośrodek, będący nośnikiem fal elektromagnetycznych” (w ujęciu filozoficznym). Etymologicznie wiąże się z „czystym powietrzem, niebem, a więc mieszkaniem bogów, w końcu zasadą bytu, czyli tym samym źródłem życia, a inaczej piątym żywiołem”. Hmmmm… Staramy się być skromni. Gdy słyszymy takie słowa jak „zasada bytu” to szybko orientujemy się, że jesteśmy o krok od patosu, prawda?

Czasami wkrada się on wbrew naszej woli do rozmyślań o przyszłej spółdzielni. Zazwyczaj przymykamy na to oko i pozwalamy mu ogrzać się chwilkę przy kominku w letnie wieczory (coraz bardziej lodowate ostatnimi czasy). Doświadczenie nauczyło nas, że jak tylko posiedzi już chwilkę to zaczyna śpiewać Międzynarodówkę. Na początku cicho, później coraz głośniej i żwawiej jak ktoś tylko poczęstuje go alkoholem. Twierdzi, że lubi samogon 70-cio procentowy, ale jak się już napije to nagle, niespodziewanie okazuje się, że wcale nie gardzi przedrewolucyjnymi rocznikami Château Margaux.

Z czasem rozpoczyna agitację wśród ludzi na mieście, poczynając od sprzątaczy, a kończąc na kucharzach, radnych, turystach i innych zbłąkanych wędrowcach. Gdy tylko dorwie się do prasy, to drukuje ulotki w piwnicach. W końcu zaczyna domagać się od miasta Pałacu Tryllingów dla nowopowstałego komitetu partyjnego i zbiera ołowiane żołnierzyki pozostawiane gdzieś po kątach w różnych pokojach na przestrzeni wielu lat, aby w końcu wzniecić rewolucję i najlepiej spopielić cały dotychczasowy porządek, aby w jego miejscu postawić kolejną fabrykę z trocin.

Patos to ktoś całkiem zabawny, ale równie irytujący także zazwyczaj, jak już się nieco ogrzeje, napije i napełni skurczony żołądek to w wyniku powodowanej przez niego prędzej czy później burdy musimy wywalić delikwenta na zbity pysk… Tyle w kwestii zdrowo rozumianej gościnności.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Czarne dziury, Wszechświat i cała reszta

Autor/Autorka wie. Przynajmniej niektórzy z nich, to jedni z nielicznych ludzi na Ziemi, którzy wiedzą. Wiedzą, że tak naprawdę jesteśmy sami i nie ma nikogo innego oprócz „ja”, kto by wypełnił pustkę, tę czarną dziurę, która zżera nas od środka do dnia, gdy powoli lub gwałtownie znikniemy. Dlatego właśnie siadają przed pustą kartką w zamkniętym pomieszczeniu, które dla niektórych może wydawać się piekłem. Siadają i powoli, metodycznie, a czasami ekstatycznie i dziko - jak na niektórych demiurgów przystało - wypluwają z siebie świat.

To trochę tak jak z teorią Wielkiego Wybuchu i czarnymi dziurami. Nikt tak naprawdę nie wie, czy Wszechświat był u swego zarania malutką, skondensowaną poza granice naszej świadomości przestrzenią otoczoną horyzontem zdarzeń, czy działo się to w jakiś inny, nikomu nieznany sposób. Jedno jest pewne. W ramach naszego dobrze z pozoru oswojonego Wszechświata, na który spoglądamy od wewnątrz, również tworzą się lżejsze lub cięższe czarne dziury. Zakładając, że rzeczywistość może być serią ustawionych naprzeciw siebie i odbijających się w sobie w nieskończoność różnej wielkości luster, możemy powiedzieć, że każde z tych kolejnych odbić jest jakąś wariacją bądź wiernym odbiciem dowolnie wybranego elementu znanego nam świata - w tym nas samych. W świetle tej wielce wątpliwej i naciąganej dla wielu teorii każdy z nas ma w sobie setki galaktyk i własne czarne dziury; mniej lub bardziej widoczne. A każda z nich ma swój własny horyzont zdarzeń, po którego przekroczeniu możemy zacząć zapadać się w siebie. Jeżeli dziura jest wystarczająco duża to może się okazać, że będzie w stanie pochłonąć także inne gwiazdy, światy, całe galaktyki, które znajdą się przypadkiem w pobliżu. Autor/Autorka zdaje sobie sprawę z tych zależności. Nie zawsze w pełni świadomie, ale nie jest to konieczny warunek aktu stworzenia. Towarzyszy temu, co prawda, pewna doza bezwzględności, ale bez niej nie byłoby też nigdy niczego. Nie byłoby tego tekstu, który czytacie, ani tego człowieka, który go z siebie wypluł.

Umiejętność Autora/Autorki polega na tym, że zaczyna produkować, gdy wchłonie już odpowiednią ilość materii z zewnątrz; te wszystkie niewinne gwiazdy i planety, całe życiorysy i powtarzające się od wieków narracje. Bierze od różnych ludzi z całym dobrodziejstwem inwentarza fragmenty ich prywatnych światów i zaczyna się tym dzielić, gdy skomponuje już z tego jakąś całość we wnętrzu swojej prywatnej osobliwości. Wtedy w mniej lub bardziej odpowiednim, ale zawsze nieuniknionym momencie następuje Wielki Wybuch i choć czasami pozostaje niezauważony to prędzej czy później wydaje jakieś owoce nawet, jeśli sam Autor/Autorka nie zdaje sobie już z tego sprawy. Gdy nowy Wszechświat się nieco zestarzeje to w jego ramach, w miejscu ginących gwiazd powstają kolejne czarne dziury pożerające materię i światło. Cykl zaczyna się od nowa. Jeżeli zdarzy Ci się znaleźć odpowiednio blisko horyzontu zdarzeń to znajdziesz się po drugiej stronie i może nawet przeżyjesz to doświadczenie. Tylko, co tam jest? Może zostawmy te dywagacje na inną godzinę i dzień zanim wpadniemy do kolejnego basenu mętnych dygresji.

Autor zbiorowy to w tym przypadku pewna grupa inicjatywna, z którą czytelnicy niniejszego bloga zdążyli się już zapewne zapoznać. A jej/jego opus magnum? Poczekamy, zobaczymy...

sobota, 6 sierpnia 2011

Może jest szerokie i głębokie

Nazwa już jest. Pierwsze burze mózgów i życzeniowe orgie marzeń wyłoniły najbardziej realne w realizacji pomysły. Blog działa i funkcjonuje, a niniejszy tekst jest tego żywym dowodem. Mamy wyobrażenie odnośnie tego gdzie chcielibyśmy mieć naszą siedzibę. Później dogadamy takie szczegóły jak elewacja kominka, kształt tarasu i szyld na drzwiach wejściowych. Wiemy też mniej więcej, kto co potrafi i kto czym chce się zajmować. Może ostatnie zdanie zabrzmiało banalnie, ale jak dla mnie to już całkiem sporo

Statut przetrwał pierwsze próby jego teoretycznego testowania w niezbyt radykalnie zmienionej formie. Regulaminy władz spółdzielni też są i dzielnie wspierają ten powyższy w swej parytetowo-nie-patriarchalnej formie. Kooperantki i Kooperanci dokształcają się dzielnie ze znajomości podstawowych zagadnień ekonomii społecznej siedząc zakopani po uszy w darmowych i pożyczanych broszurach informacyjnych i innych publikacjach znalezionych w internecie oraz tych, zaoferowanych nam hojnie przez Ośrodek Wspierania Organizacji Pozarządowych. Brniemy odważnie przez rozstępujące się przed nami ustawy, które jeszcze niedawno wydawały się Morzem Czerwonym nie do przebycia.

Jak na razie dzieje się to wszystko wywołane jedynie siłą naszej wspólnej woli. Nie mamy jeszcze na czele żadnej figury przewodnika lub przewodniczki z laską, będącą atrybutem władzy. Tak by nikt się nie obruszył, nie zamierzam użyć słowa „berło”. Chodzi mi jednak właśnie o coś takiego. Atrybut władzy, ale jednocześnie, przynajmniej w swoim wymiarze symbolicznym, znak siły opiekuńczej, a także artefakt umożliwiający wywoływanie cudów. „Laska” to jednak lepsze słowo. Będzie w przyszłości dzierżona przez kogoś (w pewnym sensie nawet przez grupę osób), kto zwykłym stuknięciem owej laski zmusza wspomniane wyżej morze biurokracji do rozstąpienia się przed nami, albo w innej sytuacji sprawia, że ze skały wypływa obfite źródło wody, z którego mogliby się napić „lud i bydło”. Będzie dzielić sprawiedliwie, nagradzać za zasługi i karać za przewinienia. Taki jest przynajmniej model idealny. 

To wszystko jest oczywiście domeną przyszłości. Wybór władz czeka nas na zebraniu założycielskim spółdzielni socjalnej poprzedzającym rejestrację. Jeszcze trochę wody w „Białce” upłynie zanim staniemy się świadkami i uczestnikami tego wiekopomnego wydarzenia. Jak na razie stoimy jeszcze przed jednymi z trudniejszych wyzwań spółdzielczych na tzw. etapie przedprodukcyjnym. Biznesplan i wszystkie jego elementy włącznie z analizą SWOT, w której sensowność wątpiłem już wiele razy w przeszłości… i kto wie, może właśnie dlatego niewiele wyszło z tych dawnych, niedoszłych inicjatyw. Oprócz tego, wspomniane wyżej morze biurokracji rzuca nam trzeci z kolei, możliwy termin rozwiązania pewnych kwestii związanych z ewentualnym finansowaniem naszej inicjatywy. „Do trzech razy sztuka” jak to mówią. A morze, jak morze! Nieubłagane i niewrażliwe na krzyki tonących w trakcie sztormu. Może kiedyś wystarczyłaby jakaś krwawa ofiara dla Posejdona. W tym przypadku liczyłbym chyba jednak na ślepy traf. Może ten trzeci termin okaże się jednak ostatecznym. Tego sobie i Wam życzę! Dzisiaj, 6 sierpnia 2011r. i nie tak jak u Ernesta; raczej z osobistą okazją. Dowiedziałem się właśnie, że w kolejnej instytucji odrzucono moje dokumenty aplikacyjne. Dalej jestem bezrobotny. :)

niedziela, 31 lipca 2011

Społecznia Ekonomiczna

Ekonomia Społeczna. Dwa słowa, które w zestawieniu ze sobą brzmią dla większości ludzi jak oksymoron. Ja jeszcze rok temu, również należałem do grupy ignorantów, a teraz jestem neofitą. Drogą do przyswojenia nowej wiary nie była bynajmniej iluminacja, ani przemoc czyjegoś ognia i miecza. Chodziło raczej o stopniowy, bolesny proces mojej zamiany w osobę „długotrwale bezrobotną”, czyli beneficjenta podmiotów ekonomii społecznej. Pewną rolę odegrał też tutaj przypadek lub przeznaczenie. Którą opcję wolicie? A może była to właśnie kombinacja tego pierwszego i drugiego? Sam już nie wiem.

Owego czasu byłem na stażu w biurze rachunkowym, gdzie szefowa oddelegowała mnie w charakterze szpiega na pewne szkolenie z „podstaw ekonomii społecznej”, abym dowiedział się, o co tak w ogóle chodzi z tymi spółdzielniami i jak się je rozlicza. Udałem się na kurs zachęcony głównie obietnicą profesjonalnego kateringu i nikłą nadzieją na to, że może uda mi się coś z tego wszystkiego zapamiętać. W międzyczasie szefowa nauczyła się wszystkiego sama, a ja utknąłem na imprezie, gdzie inauguracyjne warsztaty rozpoczęły się 10-godzinnym czytaniem prezentacji z PowerPointa. Dałbym sobie rękę uciąć, że jąkająca się Pani przygotowała ją dzień wcześniej na kolanie i nawet dobrze nie naczytała tekstu przed występem, za który dostawała przecież z Unii Europejskiej niemałe pieniążki. Wtedy pomyślałem, że ta cała ekonomia społeczna to niezła ściema i bardzo dobry, krótkodystansowy biznes dla wszelkiego typu cwaniaczków specjalizujących się w rozpisywaniu projektów unijnych. Później było już nieco lepiej.

Jest jednak pewna prawda w starym powiedzeniu, że jak coś jest „do wszystkiego”, to w gruncie rzeczy nadaje się do niczego. Także z kilkudziesięciu godzin spotkań dotyczących „podstaw ekonomii społecznej” zostało mi kilka bezwartościowych certyfikatów i chaos w głowie zamiast niezachwianej wiary w to, że można mieć jakikolwiek zysk przy okazji realizowania celów społecznych. Pewnie niektórych i niektóre z Was zastanowi, co w takim razie w ogóle robię w „Akcji Kooperacji”? Chyba poszło o ludzi.

Wierzę w to, że najskuteczniejszą metodą przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu jest sytuacja, w której sami zainteresowani zabierają się do roboty. To mi się właśnie podoba w idei spółdzielni socjalnej. Poza tym, zdarzają się podobno konkretniejsze szkolenia, na których można się jednak czegoś nauczyć. Przypominam wszystkim spółdzielczyniom i spółdzielcom, którzy jeszcze nie wypełnili karty zgłoszeniowej:


Do OWOPu marsz! Mamy czas do 16 sierpnia 2011 roku. Nie wiem którzy i które z Was czują na sobie w ogóle jakiekolwiek piętno wykluczenia. Nie wiem kto z Was twierdzi, że jest to bardziej wynik pewnych tendencji społecznych, a co jest skutkiem indywidualnych zaniedbań. Mogę mówić tylko za siebie. Ja czuję, że już się wystarczająco społecznie „wykluczyłem” i chciałbym coś z tym zrobić. Może tym razem mniej przypadkowo i bardziej świadomie dowiedzieć się więcej o katedrze, w której budowaniu biorę jakiś tam udział. Ktoś musi pójść na to szkolenie. Bo jak nie my, to kto?

sobota, 23 lipca 2011

Smaki i Smaczki

Jesteście spragnieni lub głodni. Wokół Was duże wojewódzkie miasto i wydaje się Wam, że jest ono w stanie zaspokoić wszelkie Wasze potrzeby w tej materii. Akurat nie jesteście w nastroju, aby gotować. Może nawet w ogóle tego nie lubicie, albo nie umiecie, a Wasza sytuacja materialna pozwala Wam na częste lub rzadsze wędrówki po kulinarnych zakątkach metropolii. Wszystko zależy od pory dnia, potrzeby chwili i indywidualnych gustów wypracowanych na przestrzeni lat. Gdzie się wtedy udajecie?

Macie ochotę na ekspresową kawę w jednorazowym kubku dopijaną w biegu na przystanek gdzie właśnie ucieka autobus? Jednak nie? Lepiej wyjść trochę wcześniej i w klimatycznej atmosferze maleńkiej kawiarenki w jakimś cichym zaułku przy głównej ulicy delektować się smakiem napoju przy porannej gazecie. A może jeszcze jakaś przekąska? Kanapka z mozzarellą, jajkiem, pomidorem, bazylią i rukolą ze szczyptą morskiej lub himalajskiej soli, odrobiną pieprzu i orzeszków pinii na miękkim razowym chlebie. Czy wystarczy jednak jajecznica z byle jakim chlebem i smarowidłem, bo kto teraz śmie marzyć o prawdziwym maśle? Może chodzi tylko i wyłącznie o szybki, energetyczny posiłek w porze lunchu. Samotnie, albo w oswojonym towarzystwie znajomych, przyjaciół, a nawet romantyczniej, tak tylko we dwoje. Czy miejsce i jego wystrój się wtedy liczy czy nie? 

Najlepiej zjeść tańszy obiad w jakimś zatłoczonym, ale wypróbowanym barze mlecznym ze stałym jadłospisem królującym na tablicach, tak? One wiszą tam już od tylu lat, że klienci nauczyli się wszystkiego dawno na pamięć i wiedzą, co jest dostępne i o jakiej porze dnia. Raz na kilka tygodni podchodzi tam tylko taka pani ubrana na biało i mokrą ścierką wyciera ogólnodostępne i zewsząd widoczne menu. Może jednak lubicie od czasu do czasu poszukać jakiegoś nowego miejsca? Takie duże miasto, a tak mało lokali gastronomicznych zaspokajających Wasze potrzeby żywieniowe związane z dietą lub preferencjami kulinarnymi. Wolicie być obsługiwani przez kelnerów czy chcecie dostać z miejsca niekoniecznie gorący posiłek w bufecie? Zjeść, wypić, uciec i zapomnieć. Ruszyć dalej ze swoimi codziennymi sprawami. Szwedzki stół z jedzeniem na wagę, czy elegancko przyrządzone dania, których aż szkoda jeść, bo nie chcecie zepsuć pieczołowicie zaprojektowanej kompozycji szefa kuchni? Chcecie też wyjść na podwieczorek, albo kolację na mieście wracając z wernisażu, albo tuż po pracy, bo w piątek macie zmianę do 20-ej i już padacie ze zmęczenia i głodu. Zdarza Wam się zaryzykować szybki posiłek fastfoodowy wlokąc się lunatycznie z długiego rauszu czy marzycie o wegetariańskim bistro dla wszystkich nocnych Marków z kuchnią otwartą do najwcześniejszych godzin porannych? Co wtedy zamawiacie? 

Przychodzi kolejny dzień i cykl zaczyna się od nowa. Większość z Was chyba specjalnie za dużo o tym nie myśli. Jeżeli nie macie ulubionych miejsc to ostatecznie wchodzicie prędzej czy później do jakiegoś baru lub jadłodajni wiedzeni przyzwyczajeniem, impulsem, albo grupą znajomych, która decyduje za Was. Uwierzcie lub nie, ale na ostatnich spotkaniach „Akcji Kooperacja” bardzo często zadawaliśmy sobie podobne pytania. Ilu ludzi – tyle odpowiedzi, czasami skrajnie skonfliktowanych, albo różniących się jedynie drobnymi detalami, które jednak zawsze się liczą. Warto o tym troszkę pogadać i znaleźć jakąś wspólną wizję, bo o to w końcu chodzi w tej całej „Akcji Kooperacja”. Między innymi o to.

sobota, 16 lipca 2011

Czymże jest imię?

Na tym etapie rozwoju grupy inicjatywnej Akcja Kooperacja warto zacytować bardzo popularnego klasyka z naszego śródziemnomorskiego toposu kulturowego. Choćby po to, aby rozpocząć dyskusję. „Czymże jest imię? To, co zwiemy różą, słodko pachniałoby pod każdym innym imieniem. Może i tak, ale powiedzcie szczerze, kto chciałby być członkiem spółdzielni socjalnej o nazwie "Moloch", albo Utopia? Lekkomyślne rozwiązanie kwestii imienia nie byłoby może przyczynkiem do szekspirowskiej tragedii, ale wzbudzałoby zapewne wiele skrajnych, nie zawsze pożądanych emocji: od śmieszności po obojętność. Każde dziecko ma to szczęście i niefart, że nie może samo decydować o tym małym aspekcie własnej tożsamości zanim osiągnie wiek dojrzały. Niby nie może to mieć żadnego logicznego związku z jego charakterem i przyszłymi dokonaniami, ale zawsze odciska na nim własne, nie do końca zauważalne na pierwszy rzut oka czy ucha piętno.

Imiona powstały na potrzeby komunikacji interpersonalnej i społecznej. Jedno słowo miało jednoznacznie określić człowieka, umożliwić odróżnienie go od reszty. Na początku nadawano je z intencją ochronną, albo pobożnym życzeniem rodziców związanym z przyszłością pociechy. Dzisiaj nie przywiązuje się już do tego takiej wagi jak kiedyś. Mamy w dokumentach wiele imion, podwójne nazwiska z myślnikami i różne ksywki przyporządkowane jednej osobie, do których można dorobić w internecie nieskończoną ilość tożsamości. Załóżmy jednak, że chcąc się ustrzec przed ewentualnym, zdecydowanie przedwczesnym, kryzysem tożsamości cofamy się na chwilę do pradawnych czasów. Nasza latorośl ma już około siedmiu lat (bo czas płynie nieco inaczej dla spółdzielni i ludzi) i nadchodzi czas postrzyżyn, a zatem wyboru właściwego dorosłego imienia.

Ania Poraszka, Krzyś, Edyta, Ernest Niehemingway, Ewelina, Grześ czy Grzegorz, Karola, Kasia, Katarzyna, Krzysztof Bitels nie Krzyś, Łucja, Kudłaty, Olga, Paweł, Klimek, Sylwia i Lech... Leszek, a może jednak Lech? W papierach mam Lecha, ale przedstawiam się, jako Leszek. Sam nie wiem czemu... Matki i Ojcowie oraz dojrzewający zarodek. Co na to sama Spółdzielnia? Niech się Spółdzielnia wypowie! :)