Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spółdzielnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spółdzielnia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 września 2011

Hm...„Education – the Deeper Problem”

Jak powiada słynna azjatycka „Sztuka wojny”: „Jeżeli misja wyjdzie na jaw jeszcze przed rozpoczęciem, trzeba zabić szpiega i wszystkich, którym udzielił informacji.” Dosadne stwierdzenie. Ale na szczęście nie jestem misjonarzem ani wojownikiem, chcę po prostu spełniać się w życiu zawodowym, a donosicielstwo i informowanie to dwa bieguny jednej planety, której na imię rynek. Atakująca z każdej tablicy promocja, ulotkarze, spece od reklamy i tak dalej i… Nasza w tym wszystkim SPÓŁDZIELNIA. To słowo chyba pada najrzadziej na blogu, chociaż jak w religii, jest naszym słońcem i bogiem, jednak zamiast składać jej więdnące kwiaty i wyrywać sobie w rytualnym szale serce, oddajemy się w spokoju przygotowaniom. A w Słowniku Języka Polskiego czytamy: „SPÓŁDZIELCZOŚĆ – ruch społeczno-gospodarczy powstały w połowie XIX w. jako forma samoobrony klas uciskanych przed wyzyskiem, organizujący stowarzyszenia prowadzące własne przedsiębiorstwa.” Dalsze dociekania zostawię na inną okazję albo inicjatywie czytelników. Zachęcam również do komentowania postów.

Spółdzielnia, nie wymawiaj tego słowa nadaremno. To chyba myśl, która nam przyświeca, o czymś ważkim się nie mówi, to po prostu wisi na ścianie w naszych głowach, tuż nad fotelem też może być, nawet można sobie to wytatuować, SSAK spółdzielczy, jeśli ktoś naprawdę zeświruje na punkcie działań obywatelskich. Jak dawniej, tak i teraz CZYN SPOŁECZNY podrywa ludzi do działania, ale nie do zakładania spółdzielni socjalnych, stowarzyszeń czy fundacji, tylko do datków i haseł. Może to nasza druga sarmacka natura, nasz utajony Jekyll i Hyde, syndrom Peerelu, etc. Jaka jest jedynie słuszna sprawa? Ano służąca naszym pożytkom i wynikła z naszych potrzeb, ale nie godząca w nasze żywotne interesy. Ludzie chętni podejmowania pożytecznych obywatelskich inicjatyw nie myślą o Peerelu, ani o tym jak z motyką przez rabatki w centrum przedzierała się inteligencja i robotnicy w celu szukania chwastów, zakładania parku, choćby im. Lenina, który nie wiem nawet czy lubił parki, etc… Trzeba być tu i teraz, nawet jeśli Hindusi mają rację i następna spółdzielnia będzie w przyszłym życiu, ale tak długo nikt z nas nie będzie się niecierpliwił Moi Drodzy. Korzenie wspólnego działania są i pośród kamieni u podnóża zamków i na sejmikach szlacheckich i w romantyzmie i w pracy organicznej pod batem zaborcy, w wolnej II RP, potem w zniewolonej, ale wspólnej przybudówce ZSRR, wreszcie we współczesnej nam krainie, gdzie spółdzielczość jest szansą na budowanie relacji międzyludzkich, między urzędami, instytucjami, firmami, ale przede wszystkim między ludźmi, kochanymi SSAKAMI. 

Chcemy też troszkę leczyć ciała i dusze ludzi mijanych codziennie w autobusie, pociągu, tramwaju, na ulicy, w pracy. W „Historii ciała w średniowieczu” dowiadujemy się od Hipokratesa ( ok. 460-377), któremu to przypisuje się pewną myśl obecną w tekście jego zięcia Polybiosa, także rodem z wyspy Kos, co następuje: „Ciało człowieka zawiera w sobie krew, flegmę, żółtą i czarną żółć – pisze on w dziele „Natura człowieka.” „TEORIA CZTERECH HUMORÓW” jak i inne w owym czasie przywodzą mi na myśl niektóre negatywne stereotypy, zabobony u dzisiejszych ludzi, nawet tutaj. Tak wcześniej jak i dzisiaj nie wyobrażam sobie życia bez dociekań, jednak GRUPA INICJATYWNA nie chce leczyć ani na sposób średniowieczny, ani szpitalny ani domowy, będzie to nasza własna receptura, niegroźna dla zdrowia i pożyteczna wielce. O tym w przyszłości. A teraz powiem, że u nas humorów jest więcej, niż cztery, więcej, niż pięć i tak dalej, a każdy może i Waszemu zdrowiu służyć w przyszłości. Niektórzy z nas są dawcami krwi, jak również część z was, cóż można oddać cenniejszego, niż kawałek siebie. A do tego dzielą się czekoladami za oddaną krew z innymi, sami zjadając jedynie cząstkę, to dobry prognostyk. W średniowieczu: „Społeczne dystynkcje determinują praktykę cielesną i przestrzeganie zakazów.” Chcemy, żebyśmy to my ustalali praktyki wygodne i pożyteczne, a potem społecznie można to nazywać spółdzielczością albo czymkolwiek, etc, ale to wymiar naszej głowy, a nie kieszeni będzie dyktował drogę.

Czerpiemy z doświadczeń własnych i innych, ale wiemy już, czego nie robić, wspomnę z Przedmowy do „Kultury amerykańskiej” tylko jedno zdanie, które Autorowi utkwiło w pamięci: „New York Times”(26 marca 1958 r.) (…). W numerze znajdował się olbrzymi artykuł pt. Education – the Deeper Problem (Wychowanie – problem głębszy) oskarżający Johna Deweya i jego zwolenników o to, że w szkolnictwie amerykańskim „40 lat działalności postępowych pedagogów zostawiło ruiny”.” System edukacyjny w Peerelu też nie był ostoją mądrości, niektóre hasła dotąd wołają z murali na elewacjach, które umknęły nieco przemijaniu. Dziś jest nieco inaczej, możemy znowu artykułować własne zdanie i słuchać innych, obserwować, wysnuwać wnioski, negocjować, dbać o przyjazne relacje w pracy i w życiu. Dlatego ja i ludzie, z którymi współpracuję nie chcemy nowego systemu i wychowywania, będziemy uczyć stawiać pytania i sięgać w różne rejony gospodarki i kultury czasem do liści, czasem do korzeni, a czasem do nasion i siewcy, producenta, stworzyciela, zależnie od tego, co jest niezbędne, jeśli powiemy o dziku, to omówimy wdrapywanie się na koronę drzewa, jeśli lek to może korzenie, jeśli przyjdzie zima lub upał, to może pokażemy, jak znaleźć i urządzić przytulnie dziuplę, jeśli zechcecie herbaty to może zerwiemy dla Was liście, może lipowe, może w Białymstoku, gdzieś obok ciebie. Sięgajcie już dziś po kasztany, dopóki, jak wspomniał przedmówca (Ernest) pary przechadzające się w ostatnich promieniach lata, nie strząsną w podnieceniu niedojrzałych owoców przed Wami.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Miłość ma dwa zęby i gryzie

Uffff… W końcu mogę odetchnąć i skorzystać z tego, że mamy taką wspaniale wygodną, wielką sofę w mieszkaniu. Kolejny dzień ząbkowej traumy za nami. Edgarowi wyrzynają się dwie dolne jedynki. Są ostre jak igiełki, przecinają mu dziąsła, a on wariuje. Jeść nie, spać nie, tu nie, tam nie i wszystko- nie! Drżę na myśl, że to dopiero początek naszej zębatej przygody. Teraz zasnął, a ja mam chwilę spokoju. 

Zaraz? Mam PRAWIE chwilę spokoju, bo mój mąż z kolegami z zespołu urządzili próbę piętro niżej. Dodam, że grają metal, który raczej nie należy do najcichszych gatunków muzycznych.

Moje chłopaki są wyjątkowo głośne. Dodatkowo brudzą, nie zawsze ładnie pachną, wymagają ode mnie sporo pracy i jeszcze więcej cierpliwości. Mimo to są dla mnie niemal wszystkim i zupełnie nie potrafię wyobrazić sobie świata i życia bez nich. 

Rzeczywistość skonstruowana jest w ten popaprany sposób, że kocha się przeważnie tych, którzy są upierdliwi i mają ten jakże wyjatkowy dar doprowadzania nas do szewskiej pasji. Może zresztą to i dobrze, bo przecież miłość trudna nie jest nudna, za to wesoła i można się pośmiać, choć czasami przez łzy.

A propos trudnych relacji! Spotkaliśmy się dzisiaj w naszym, spółdzielniowym gronie, po długiej przerwie, aby zacząć konkretne prace nad biznesplanem. Muszę przyznać, że biznesplan i ja chyba się w sobie zakochaliśmy. 

Biznesplan jest stuprocentowym mężczyzną. Wiem to na pewno, bo go za cholerę nie ogarniam, przez co wzbudza on we mnie ciekawość i rozpala dzikie rządze. Zapowiada się długotrwały, namiętny romans z biznesplanem.

Mężu, który nie wiem, czy czytasz mojego bloga, w najbliższych dniach będziesz musiał powalczyć o mój czas i serce z wyjatkowo silnym i wymagającym rywalem. I co ty na to?

sobota, 20 sierpnia 2011

Nieznośna ciężkość patosu

Spółdzielnia socjalna na etapie grupy inicjatywnej to bardzo eteryczny twór. „Eter” to według pewnego bardzo przydatnego słownika: „wypełniający Wszechświat ośrodek, będący nośnikiem fal elektromagnetycznych” (w ujęciu filozoficznym). Etymologicznie wiąże się z „czystym powietrzem, niebem, a więc mieszkaniem bogów, w końcu zasadą bytu, czyli tym samym źródłem życia, a inaczej piątym żywiołem”. Hmmmm… Staramy się być skromni. Gdy słyszymy takie słowa jak „zasada bytu” to szybko orientujemy się, że jesteśmy o krok od patosu, prawda?

Czasami wkrada się on wbrew naszej woli do rozmyślań o przyszłej spółdzielni. Zazwyczaj przymykamy na to oko i pozwalamy mu ogrzać się chwilkę przy kominku w letnie wieczory (coraz bardziej lodowate ostatnimi czasy). Doświadczenie nauczyło nas, że jak tylko posiedzi już chwilkę to zaczyna śpiewać Międzynarodówkę. Na początku cicho, później coraz głośniej i żwawiej jak ktoś tylko poczęstuje go alkoholem. Twierdzi, że lubi samogon 70-cio procentowy, ale jak się już napije to nagle, niespodziewanie okazuje się, że wcale nie gardzi przedrewolucyjnymi rocznikami Château Margaux.

Z czasem rozpoczyna agitację wśród ludzi na mieście, poczynając od sprzątaczy, a kończąc na kucharzach, radnych, turystach i innych zbłąkanych wędrowcach. Gdy tylko dorwie się do prasy, to drukuje ulotki w piwnicach. W końcu zaczyna domagać się od miasta Pałacu Tryllingów dla nowopowstałego komitetu partyjnego i zbiera ołowiane żołnierzyki pozostawiane gdzieś po kątach w różnych pokojach na przestrzeni wielu lat, aby w końcu wzniecić rewolucję i najlepiej spopielić cały dotychczasowy porządek, aby w jego miejscu postawić kolejną fabrykę z trocin.

Patos to ktoś całkiem zabawny, ale równie irytujący także zazwyczaj, jak już się nieco ogrzeje, napije i napełni skurczony żołądek to w wyniku powodowanej przez niego prędzej czy później burdy musimy wywalić delikwenta na zbity pysk… Tyle w kwestii zdrowo rozumianej gościnności.

sobota, 6 sierpnia 2011

Może jest szerokie i głębokie

Nazwa już jest. Pierwsze burze mózgów i życzeniowe orgie marzeń wyłoniły najbardziej realne w realizacji pomysły. Blog działa i funkcjonuje, a niniejszy tekst jest tego żywym dowodem. Mamy wyobrażenie odnośnie tego gdzie chcielibyśmy mieć naszą siedzibę. Później dogadamy takie szczegóły jak elewacja kominka, kształt tarasu i szyld na drzwiach wejściowych. Wiemy też mniej więcej, kto co potrafi i kto czym chce się zajmować. Może ostatnie zdanie zabrzmiało banalnie, ale jak dla mnie to już całkiem sporo

Statut przetrwał pierwsze próby jego teoretycznego testowania w niezbyt radykalnie zmienionej formie. Regulaminy władz spółdzielni też są i dzielnie wspierają ten powyższy w swej parytetowo-nie-patriarchalnej formie. Kooperantki i Kooperanci dokształcają się dzielnie ze znajomości podstawowych zagadnień ekonomii społecznej siedząc zakopani po uszy w darmowych i pożyczanych broszurach informacyjnych i innych publikacjach znalezionych w internecie oraz tych, zaoferowanych nam hojnie przez Ośrodek Wspierania Organizacji Pozarządowych. Brniemy odważnie przez rozstępujące się przed nami ustawy, które jeszcze niedawno wydawały się Morzem Czerwonym nie do przebycia.

Jak na razie dzieje się to wszystko wywołane jedynie siłą naszej wspólnej woli. Nie mamy jeszcze na czele żadnej figury przewodnika lub przewodniczki z laską, będącą atrybutem władzy. Tak by nikt się nie obruszył, nie zamierzam użyć słowa „berło”. Chodzi mi jednak właśnie o coś takiego. Atrybut władzy, ale jednocześnie, przynajmniej w swoim wymiarze symbolicznym, znak siły opiekuńczej, a także artefakt umożliwiający wywoływanie cudów. „Laska” to jednak lepsze słowo. Będzie w przyszłości dzierżona przez kogoś (w pewnym sensie nawet przez grupę osób), kto zwykłym stuknięciem owej laski zmusza wspomniane wyżej morze biurokracji do rozstąpienia się przed nami, albo w innej sytuacji sprawia, że ze skały wypływa obfite źródło wody, z którego mogliby się napić „lud i bydło”. Będzie dzielić sprawiedliwie, nagradzać za zasługi i karać za przewinienia. Taki jest przynajmniej model idealny. 

To wszystko jest oczywiście domeną przyszłości. Wybór władz czeka nas na zebraniu założycielskim spółdzielni socjalnej poprzedzającym rejestrację. Jeszcze trochę wody w „Białce” upłynie zanim staniemy się świadkami i uczestnikami tego wiekopomnego wydarzenia. Jak na razie stoimy jeszcze przed jednymi z trudniejszych wyzwań spółdzielczych na tzw. etapie przedprodukcyjnym. Biznesplan i wszystkie jego elementy włącznie z analizą SWOT, w której sensowność wątpiłem już wiele razy w przeszłości… i kto wie, może właśnie dlatego niewiele wyszło z tych dawnych, niedoszłych inicjatyw. Oprócz tego, wspomniane wyżej morze biurokracji rzuca nam trzeci z kolei, możliwy termin rozwiązania pewnych kwestii związanych z ewentualnym finansowaniem naszej inicjatywy. „Do trzech razy sztuka” jak to mówią. A morze, jak morze! Nieubłagane i niewrażliwe na krzyki tonących w trakcie sztormu. Może kiedyś wystarczyłaby jakaś krwawa ofiara dla Posejdona. W tym przypadku liczyłbym chyba jednak na ślepy traf. Może ten trzeci termin okaże się jednak ostatecznym. Tego sobie i Wam życzę! Dzisiaj, 6 sierpnia 2011r. i nie tak jak u Ernesta; raczej z osobistą okazją. Dowiedziałem się właśnie, że w kolejnej instytucji odrzucono moje dokumenty aplikacyjne. Dalej jestem bezrobotny. :)

czwartek, 28 lipca 2011

W kolejce...

Wchodzę do budki, gdzie zaczyna się wyciąg na górę, na jakiś prywatny Kasprowy. Odtąd jestem już jednym z podróżników. Ale wcześniej w głowie kolejkowałem wątpliwości i korzyści, czy warto, czy z góry jest ładny widok, a nawet rozważałem czy do tego wierzchołka dotrę. Nigdy nie wiesz jak i gdzie. Język kryje w sobie miarę wszechrzeczy. Zaczynam poznawać słownictwo charakterystyczne dla poszczególnych uczestników spotkań spółdzielczych. Żeby nikogo nie urazić. Czuję się swojsko, kiedy słyszę wyraz kawa, której nie piłem od roku, a podczas zebrań znów zacząłem ją sączyć.

Systematyczność to pożądana cecha, a w moim wypadku nawet heca. Blog jest dla mnie najmniej zaawansowanym czasowo i objętościowo zajęciem w całym tygodniu pisania, jednak wymaga mojego wkładu właśnie we czwartek. Ale najważniejsze, że zaangażowałem się w informowanie współuczestników/czek o nowinkach prasowych i aktualnościach dotyczących podmiotów ekonomii społecznej. Odkąd jest to moim obowiązkiem, moja wiedza rośnie szybciej. Spółdzielnia socjalna kojarzy mi się teraz z krajami innymi niż Polska, właściwie powinienem wymienić Włochy i Wielką Brytanię jako te miejsca, w których taka działalność ma miejsce na dużą skalę. Liczebność podlaskich spółdzielni nie przekracza dziesiątki, jeśli dobrze pamiętam. Spółdzielnia w Łapach pojawiła się niedawno w mediach za sprawą kłopotów, czytam za to o przykładnych spółdzielcach z innych województw i marzę o naszej wizycie studyjnej w jakiejś innej. Poniedziałek w OWOP-ie zaskoczył mnie swoją ciepłą atmosferą. Statut jest napisany językiem, który wydaje mi się czasem obcy. Oswajam się z nomenklaturą administracyjną. Wizyta studyjna nie daje mi spokoju, mam nadzieję znaleźć całkowicie bezpłatną, łącznie z kosztami przejazdu. Jestem ogromnie ciekaw jak funkcjonują inne tego rodzaju podmioty.

Na jednym ze spotkań były makabryczne żarty na temat produkcji i przyszłej działalności. Padły słowa trumienka, wesele, rozwód, potem śmietnik, elegancja. Właściwie antagonizmy nie mające sobie równych, ale cóż z tego. Nadal szukamy lokalu. Jeśli będzie odpowiednio mroczny, wszelkie funeralne zamysły będą w cenie, jeśli zaś jasny i przestronny, będą królować gastronomiczne fantazje. Liczby nie były nigdy moją mocną stroną. Usłyszałem w poniedziałek, że wzorem można opisać działalność człowieka, dzięki czemu da się ustalić odpowiednie wynagrodzenie. Moim wzorem na choćby spanie jest ja plus łóżko, wzorem partnerskim jestem ja plus ona plus łóżko. A wzorem dla spółdzielni jest ja, ona, on, oni, plus, plus plus, a dalej jest tylko rozmowa, śmiech i bezsenność, bo łączy nas wszystkich idea współpracy w ramach projektu, nad którym jeszcze wiele nocy spędzimy z nosem w komputerze i w dokumentach. Nie wszyscy się znają po godzinach, przyjdzie i na to czas. Ale na razie trzeba ustalić formalności, atmosfera sprzyja postępom, dzięki liście obowiązków ustalonych na forum. Rozliczanie innych nie jest moją domeną, ale pozwalam na weryfikację swoich obowiązków, dzięki czemu wiem, że mój wkład jest już moją powinnością. Z przyjemnością podejmę się nowych spraw. Idę ulicami i myślę, że ten albo tamten budynek może być naszą siedzibą, dziś z Leszkiem sfotografowaliśmy przy okazji dwa kolejne lokale. Mam nadzieję, że włodarze będą nam przychylni, bo już przyzwyczaiłem się do myśli o spółdzielni. Dla mnie jest ona faktem. Czekam tylko na sakramentalne tak, zawsze mogę powiedzieć nie, ale nie w głowie mi to.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Post zasypiającej nad klawiaturą

Moi kochani i moje kochane!

Piszę tego posta, choć prawdę mówiąc straszliwie jestem senna. Tym razem zamieszczę tylko króciutką notkę o tym, co u nas słychać, a następnie wskakuję do łóżka i śpię (o ile oczywiście mój synek Edgar mi na to pozwoli, bo może być różnie). 

Wczoraj nasza spółdzielnia uzyskała nazwę. Prawdziwą! :) Wzięliśmy pod uwagę kilka różnych propozycji i w drodze głosowania wybraliśmy tę, która spodobała się największej ilości osób. Jest mi niezmiernie miło przedstawić Spółdzielnię Socjalną Akcja Kooperacja w Białymstoku (w skrócie: SSAK w Białymstoku; prawda, że fajnie? :)). Pomimo innych pomysłów przywiązaliśmy się do tej spontanicznie wymyślonej przez Krzysia nazwy, która pojawiła się już na samym początku naszej współpracy, w pierwszym mailu.

Ponadto byliśmy dzisiaj w Ośrodku Wspierania Organizacji Pozarządowych i zostawiliśmy do wglądu nasz statut, nad którym tak skrupulatnie ostatnio pracowaliśmy. Szczególne brawa należą się Ernestowi, Edycie i Grzesiowi, czyli naszemu komitetowi statutowemu, który spisał się wspaniale. Brawo!!!

Idę spać. A ponieważ tak mało dzisiaj napisałam, to na pocieszenie zamieszczam zdjęcia, na których są członkinie i członkowie SSAKA w Białymstoku :). Kasia - nasza fotografka, uwieczniła jedno z naszych spotkań. To my i tak wyglądamy, gdy pracujemy. :)





niedziela, 24 lipca 2011

Moje prywatne PKD albo do czego jestem zdolny

Słowa klucze, statut, status, zawód, konkretne realizacje, szuflady rynkowe, wszystko prowadzi do zaklasyfikowania, jakiegoś PKD, dokumentowania kwalifikacji, rozpoznania na rynku pracy. A ja jeszcze nie wiem, do jakiej szuflady wrzucić swoje dane. Wszystko trzeba ustalić, zapisać, przemyśleć, poprawić. Niemało tego, a formalności należą do tych spraw, które nie są moją mocną stroną. Będzie mnóstwo okazji, żeby to zmienić.

Łyżka, nóż, widelec, szczypce i cała reszta, wyposażenie godne głodomora, ale jak tu się zabrać za potrawę zwaną spółdzielnia socjalna? Nie mam sztućców, muszę wszystko przyswoić. Czuję się jak biały człowiek na dzikim zachodzie. Przygotowania trwają, a ja wciąż jestem głodny, czekają na mnie mimo wszystko... Koledzy, koleżanki, głodni działania czekają na mnie na każdym spotkaniu, a ja czekam na nich.

Dziennik sieciowy? W moim przypadku raczej tygodnik, może z czasem półtygodnik, codziennik, półdziennik, godzinnik, minutnik odpada, to nie Ulisses Joyce’a. Pamiętam takie minutniki, 3 minutki dla jajka, 5 minutek dla jajka.

Jeżeli w innych blogach znajdziecie podział na dzień i noc, parytet obyczajowy, społeczny, to w moim znajdziecie surrealizm, w którym prawo jest po mojej stronie, pozwala mi na zachowanie własnej tożsamości i ustalanie własnych reguł, jednak z poszanowaniem godności spółdzielni i innych ludzi.

Moje początki udziału projekcie sięgają entego spotkania zapaleńców, kiedy to Leszek zadzwonił do mnie i zaproponował udział na zasadzie, może coś z tego będzie, co było wyrazem jego rezerwy wobec projektu. Owa rezerwa zmniejsza się z każdym kolejnym krokiem. Miał na myśli, że może wykluje się z tego jakieś zatrudnienie.

Rozmawiam z ludźmi i przekonuję się do tego, co powiedział Krzysztof Wróbel, niewielu ludzi, nie wyłączając mnie do niedawna, wie, co to takiego spółdzielnia socjalna. Dla mnie to na razie konieczność wcześniejszego wstawania, sporządzania prasówki na forum od wczoraj i widywania fajnych ludzi od pierwszego spotkania. Komuna hipisów? Tak. Ideały? Tak. Praktyka? Tak. Ja to wszystko pogodzić, zapytacie? Nie wiem, po prostu ufam intuicji i własnym zmysłom. Łatwiej mi jak dotąd powiedzieć, kim nie jestem w projekcie, niż kim jestem w tym przedsięwzięciu. Dlatego zwlekałem z napisaniem na blogu czegokolwiek. Niektórzy mówią, że mam lekkie pióro, może mają rację. Za chwilę kolejne spotkanie, niedzielne, które wolę od wszystkich innych o tej porze. 

Zobaczyłem światełko, okazuje się, że sam jestem jego źródłem. Potrzebowałem przyjść na spotkanie kilkunastu gniewnych ludzi, żeby się przekonać o tym. Oberwałem rykoszetem, patrząc w ich oczy pełne zapału.

Szukanie lokalu, uchwalanie statutu, wymyślanie nazwy, wszystko to jak ze snu. Biznesmen może inaczej na to spojrzy. Ja nigdy nie czułem się biznesmenem, chociaż miałem doświadczenia jako handlowiec. Może kiedyś o tym wspomnę, ale tylko jako kontekst dla pięknej działalności we wspólnocie. Zwlekałem z publikacją pierwszego postu, ale już wiem kim jestem na blogu, w spółdzielni, w swojej pracy. Jestem jednym z was. A wy? Jesteście nami w przeddzień spotkania. Tak będę was traktował, na równi ze sobą. Wolność, równość, braterstwo? Kieślowski pokazał, że niekoniecznie. My wymyślamy własną rzecz niepospolitą. Czuję się jak w starożytnych czasach powstawania demokracji albo w latach sześćdziesiątych, kiedy rodziły się komuny hipisów. Jestem podekscytowany i wychodzę na kolejne spotkanie.

środa, 20 lipca 2011

W poważnym tonie o tym, że „można”

Lubię, kiedy mój dzień jest aktywny. Lepiej być w ruchu, bo ruch to życie, energia, a także praca, bez której nie byłoby rozwoju i świata, który znamy. Stanowi ona wartość bezcenną i świadczy o naszym człowieczeństwie, o tym kim jesteśmy.

Dla wielu osób pojęcie „praca” znaczy jednak tyle, co przykry obowiązek i wiąże się z poczuciem nudy, rutyny, niespełnienia, stresu i konieczności. 

W dzisiejszych czasach, w gonitwie za zyskiem i drapieżnej bitwie z silną konkurencją o każdego, potencjalnego klienta, zapomina się o człowieku, który zdegradowany staje się tylko przedmiotem – środkiem, który ma przynosić dochód. W biznesie nie ma miejsca na sentymenty. Liczy się firma (twór właściwie wirtualny – coś, co kojarzone jest z przyciągającym uwagę, charakterystycznym znakiem graficznym –logiem), a nie ludzie - jej pracownicy. Doświadczyłam tego na własnej skórze. Jestem mamą pięciomiesięcznego chłopczyka. Niedawno skończył się mój urlop macierzyński. Nim to nastąpiło, moja nowa przełożona (kobieta, która najprawdopodobniej pewnego dnia również postanowi być matką) oznajmiła, że na moje miejsce zatrudniła już dwie inne osoby, a ja tym samym straciłam pracę i stałam się osobą bezrobotną. Nie liczyło się to, że byłam zawsze pracowita, kompetentna i lojalna, że mam spore doświadczenie i wcześniej pełniłam wiele odpowiedzialnych funkcji. Nie opłacało się na mnie czekać, bo przecież czas to pieniądz.

Spółdzielnia, którą pragniemy wspólnie zbudować, dzięki specyficznej formule, która zakłada, że wszyscy jesteśmy tak samo ważni, może stać się gwarantem naszego bezpieczeństwa i pozwoli uniknąć wielu przykrych, podobnych do moich, sytuacji i zawodów. To prawda, że rynek jest drapieżny, a sukces wymaga wielu wyrzeczeń i poświęceń, ale ważne, aby zawsze pamiętać o tym, że to pieniądz jest dla człowieka, a nie człowiek dla pieniądza. Wszyscy obserwujemy niestety odwrócenie tego porządku, przez co czujemy się nieistotni, wciąż pomijani.

Inicjatywy, podobne do tej, wpisujące się w dziedzinę ekonomii społecznej, dają możliwość zarobku i poczucie, że jest się kimś ważnym, znaczącym, właściwie niezastąpionym. Jeśli powstanie nasza spółdzielnia i uda się faktycznie pogodzić wartości etyczne, które reprezentujemy z umiejętnościami ekonomicznymi, to będzie to świadectwem dla innych, że „można”.

W poniedziałek, jak co tydzień, prowadziłam zajęcia teatralne. Osoby należące do grupy teatralnej miały za zadanie ustawić się w różnych częściach sali, w dogodnych dla siebie pozycjach i śpiewać wciąż jeden dźwięk na wydłużonej spółgłosce „m”. Nasz chór nie wybrzmiał jednak ładnie, ani wyraziście, dopóki nasz kolega nie zaproponował ciekawego rozwiązania. Kiedy wszyscy razem zbiliśmy nasze ciała w jedną, ciasną gromadę, tworząc swojego rodzaju „embrion”, czy „kokon” i zaśpiewaliśmy dokładnie w ten sam sposób, co poprzednio, nagle nasze głosy zlały się w jeden, harmonijny, czysty dźwięk.

Podstawą jest więc bycie razem i słuchanie siebie nawzajem. Wtedy właśnie „można”. :)

wtorek, 19 lipca 2011

Ceglani samobójcy

Co jak co, ale miejscówa by się przydała. W celu wyniuchania godnego habitatu, dwójka Akcjonariuszy Kooperuszy wędrowała dziś po okolicach centrum naszego pięknego, dumnego, trochę rozkopanego miasta. Nie spodziewali się, że będzie to podróż wśród rozchwianych emocjonalnie budynków, gotowych w każdej chwili skończyć ze swym życiem.

Domy murowane mogą być różne. Zaniedbane, odnowione; z otworami zabitymi płytą wiórową, pilśniową i chrom wie jaką albo nawet nie – tu znów dwa podpunkty: z szybami całymi lub kamieniem łupanymi; z wejściem od frontu, od tyłu, gdzieś na boczku, czasami nawet bez widocznego wejścia. Jeśli jednak mają w sobie „coś” (i nie mam tu na myśli wmurowanego w ścianę trupa), to bardzo prawdopodobne, że grożą zawaleniem. Informują o tym tabliczkami przymocowanymi w najbardziej transparentnych miejscach. Może robią to specjalnie, żeby im ktoś pomógł?

„Depresja zawaleniowa” dopada zwłaszcza te budowle, które znajdują się najbliżej szczególnie ważnych miejskich inwestycji. Można byłoby pomyśleć, że dolegliwość ta przenosi się drogą kropelkową. W jednym momencie niemalże, postanawiają się te biedne istoty zawalić. Czasami wolą nie czekać i palą się (bynajmniej nie ze wstydu) raz, a jak nie daje to skutku to i kilka razy. Był taki przypadek na Sienkiewicza...

Co ciekawe, ich drewniani krewni nie wykazują symptomów głębokiej niechęci istnienia. Walą i palą się bez ostrzeżenia. Właściwie, to im jest trochę łatwiej.

Szalenie przyjemnie byłoby ocalić coś ze starej tkanki miasta i tchnąć w nią nowe życie. Tylko trzeba „byłoby” zamienić na „będzie”.

sobota, 16 lipca 2011

Czymże jest imię?

Na tym etapie rozwoju grupy inicjatywnej Akcja Kooperacja warto zacytować bardzo popularnego klasyka z naszego śródziemnomorskiego toposu kulturowego. Choćby po to, aby rozpocząć dyskusję. „Czymże jest imię? To, co zwiemy różą, słodko pachniałoby pod każdym innym imieniem. Może i tak, ale powiedzcie szczerze, kto chciałby być członkiem spółdzielni socjalnej o nazwie "Moloch", albo Utopia? Lekkomyślne rozwiązanie kwestii imienia nie byłoby może przyczynkiem do szekspirowskiej tragedii, ale wzbudzałoby zapewne wiele skrajnych, nie zawsze pożądanych emocji: od śmieszności po obojętność. Każde dziecko ma to szczęście i niefart, że nie może samo decydować o tym małym aspekcie własnej tożsamości zanim osiągnie wiek dojrzały. Niby nie może to mieć żadnego logicznego związku z jego charakterem i przyszłymi dokonaniami, ale zawsze odciska na nim własne, nie do końca zauważalne na pierwszy rzut oka czy ucha piętno.

Imiona powstały na potrzeby komunikacji interpersonalnej i społecznej. Jedno słowo miało jednoznacznie określić człowieka, umożliwić odróżnienie go od reszty. Na początku nadawano je z intencją ochronną, albo pobożnym życzeniem rodziców związanym z przyszłością pociechy. Dzisiaj nie przywiązuje się już do tego takiej wagi jak kiedyś. Mamy w dokumentach wiele imion, podwójne nazwiska z myślnikami i różne ksywki przyporządkowane jednej osobie, do których można dorobić w internecie nieskończoną ilość tożsamości. Załóżmy jednak, że chcąc się ustrzec przed ewentualnym, zdecydowanie przedwczesnym, kryzysem tożsamości cofamy się na chwilę do pradawnych czasów. Nasza latorośl ma już około siedmiu lat (bo czas płynie nieco inaczej dla spółdzielni i ludzi) i nadchodzi czas postrzyżyn, a zatem wyboru właściwego dorosłego imienia.

Ania Poraszka, Krzyś, Edyta, Ernest Niehemingway, Ewelina, Grześ czy Grzegorz, Karola, Kasia, Katarzyna, Krzysztof Bitels nie Krzyś, Łucja, Kudłaty, Olga, Paweł, Klimek, Sylwia i Lech... Leszek, a może jednak Lech? W papierach mam Lecha, ale przedstawiam się, jako Leszek. Sam nie wiem czemu... Matki i Ojcowie oraz dojrzewający zarodek. Co na to sama Spółdzielnia? Niech się Spółdzielnia wypowie! :)

poniedziałek, 11 lipca 2011

Spółdzielnia socjalna? A co to?

Od kilku ostatnich tygodni współpracuję wraz z innymi cudakami z planety idea nad tajemniczym tworem, zwanym „spółdzielnią socjalną”. Takich wynalazków w Polsce powstało już podobno wiele, lecz w metropolii białostockiej nikt nie słyszał ani nie widział podobnego dziwa na uszy i oczy swoje, jak świat szeroki od Starosielc po Pietrasze i długi od Fast po Dojlidy.

Białostoczanie - ziomki nasze rodzime, kiedy dowiadują się o pracy nad tajemniczą „spóldzielnią socjalną”, to oczy ze zdziwienia wybałuszają na zewnątrz i ustka w rulonik zawijają tak, że wyglądają zupełnie jak sympatyczne, choć nienajmądrzejsze rybki. Aby przywrócić im poprzedni wygląd, nie obejdzie się bez wytłumaczenia samego terminu, a także istoty i sensu naszych działań.

Niestety większość Białostoczan, uzyskawszy odpowiedź na nurtujące pytanie: „A co to ta spółdzielnia socjalna?”, zmienia wyraz twarzy na podwąsowo- uśmieszkowy z oczkiem zmrużonym, zeszparkowałym, a następnie z nutką ironii i politowania w głosie, ale i satysfakcją, że już rozumie, rubasznie rzecze: „Toż to komuna!”. No i nijak idzie przekonać kogoś takiego, bo on już wie, że „racji bytu toto nie ma, że szklane domy, że komuchy - czerwone cwaniaki, że pozabijamy się, ani ładu ani składu nie będzie, a czy się stoi, czy się leży, 200 złoty się należy, apokalipsa, szatan, radzieckie zło, a po papier toaletowy stało się godzinami w kolejce!”. Z kimś takim dyskusji niestety nie ma.

Dyskusja natomiast jest prowadzona z powodzeniem w grupie inicjatywnej „Akcji Kooperacja”. Choć różnimy się między sobą i nie zawsze mamy takie same zdanie i jednolitą wizję, to potrafimy rozmawiać i cieszyć się swoją różnorodnością. W przeciągu trzech dni udało nam się stworzyć statut, który aktualnie jest formułowany punkt po punkcie. Wszyscy z "zaangażowaniem” J (podczas jednego z naszych spotkań ustaliliśmy, że "zaangażowanie" stanowi dla nas wartość nadrzędną w pracy) przykładają się do powierzonych im obowiązków i zadań na rzecz powstania spółdzielni. Już teraz widzimy efekty naszych starań. „Kolektywnie” nie znaczy więc „źle”, bo przecież co dziesięć głów to nie jedna,a dwadzieścia rąk to nie para. J

Wszystkim niedowiarkom, co sądzą, że zbzikowaliśmy i mamy tak zwane „kuku na muniu”, zamierzamy pokazać, że chcieć to znaczy móc, a świat nie jest ani czarny ani biały, lecz bujnie kolorowy! Hip hip! Hura, hura, hura!!!

wtorek, 5 lipca 2011

Gustawa dylematy przedśmiertne

Gustaw umiera. Leży na łożu śmierci i za chwilę zasadzi kopa w ten nieszczęsny kalendarz, w którym już dawno nikt nie zrywał kartek minionych miesięcy, o przesuwaniu czerwonego okienka na przezroczystej tasiemce nie wspominając. Jeśli przy narodzinach człek jest tabula rasa, to Gucio wszedł w etap pisania ostatnich zdań epilogu. I właśnie strach przed takim momentem, w którym wypadałoby podsumować swoje życie, a nie będzie się miało większych osiągnięć oprócz spłaconego kredytu na mieszkanie, namieszał mi w głowie. Ten tam dogorywający Gustaw może co najwyżej westchnąć lub rzucić budzikiem w okno, za to, że mu nie zadzwonił wcześniej. Ja, mający teoretycznie więcej dni przed sobą, mogę coś z tym dylematem zrobić.

Praca dająca przyjemność i satysfakcję. Takowe zdanie wypowiedziane w kierunku biurowej mrówy, grozi ranami zadanymi zszywaczem, ołówkiem między żebrami i przypięciem kartki „Kopnij mnie” do tylnej części koszuli. Ja, mimo wszystkich opinii niedowiarków i uśmiechów politowania, wierzę w to, że można utrzymywać się z tego co się lubi, wśród ludzi, z którymi zawsze możesz się dogadać i to tu w Polsce Ź, a nawet teraz, w czasach napierającego „zepsutego” Zachodu. I jako wzorcowy element demoty-fejsbukowego pokolenia odwracam się do tych nieszczęsnych Gustawów i mówię „No to patrzcie!”