piątek, 12 sierpnia 2011

Rozwesele

Bywa tak, że gdy tworzenia biurokratycznych dokumentów mamy w nadmiarze, duszno się w sali robi to nam się umysły otwierają. Prześcigamy się wówczas w pomysłach na innowacyjne biznesy. Jedni przez drugich się przekrzykują. Każdy rzec coś by chciał. Niektórzy bledną, inni dostają wypieków na twarzy. Emocje sięgają zenitu a stan rozbudzania na skutek dotlenienia poprzez śmiechy i chichy znacząco wzrasta.

Zdradzać wszystkich dysput mi nie przystoi, ale wspomnę o jednej, która mnie nurtuje bardzo, bo to temat od zarania wieków niezmiernie popularny, a mianowicie chodzi o miłości dzieje.

Jak to się dzieje? Ludziska do weselenia dążą i szczęśliwości po wiek wieki, aż do śmierci nieśpiesznej. Piękne to założenie, cudne, godne poszanowania. Zdarza się jednak, że coś jedno z drugim sknoci. Szkoda wtenczas wielka, bo by miłość była, napracować się trzeba co nie miara, a tu z niej wychodzi wstrętna poczwara. Smutek to straszny, rozstawać się trzeba, rozdzielać manatki i dziwy różne, co tam między niemi były. Jedno się złości i drugie się złości. Krzyki i płacze. Płacze i krzyki.

Zaradzić by się temu przydało. Złe moce w dobre przemienić. Co robić wtenczas? Spółdzielnia SSAK Ci podpowie- ROZWESELE. Skoro ludziska do weselenia dążą to niech się też rozweselają, co by mniej smutków na świecie było.

środa, 10 sierpnia 2011

Portrety i monety - policz kobiety.

Podczas przejażdżki rowerowej możemy doświadczyć ataku różnych istot, zjawisk i rzeczy. Agresorem może być drzewo, durszlak, znak drogowy, tona gnijącego Azerbejdżanu, wombat. W piątek, przy przejeżdżaniu przez Rynek Kościuszki, dopadła mnie wystawa Narodowego Banku Polskiego i Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy - "Portrety i monety".

Wspaniała inicjatywa, szczytny cel, sławne twarze i monety... monety na palcach, uszach, w oczodole, w dłoni i na dłoni, w buzi i gdzie nie tylko. Teraz pytanie: Co tu jest nie tak?

Zapewne wiele rzeczy, ale proszę drogi czytelniku, droga czytelniczko obejrzeć wszystkie fotografie po kolei. Nic? To proszę wrócić do początku i tym razem idąc wzdłuż wystawy policzyć kobiety.

Otóż na 62 wystawione w Białymstoku zdjęcia kobiety znajdują się na... 10. Wśród dostojników kościoła, polityków, reżyserów, prezesów, sportowców i aktorów znajdziemy 4 aktorki, 2 podróżniczki, 2 prezenterki, lekkoatletkę i kobietę, pod nazwiskiem której jest puste pole (żona Czesława Niemena). 

W porządku, może taki był zamysł autora, może taka była koncepcja, ale po powrocie do domu z ciekawości zaglądam na stronę internetową, gdzie opisana jest wystawa i czytam: 

"Na ponad 100 fotografiach znaleźli się wybitni przedstawicielE świata kultury i życia społecznego, aktorzy, ekonomiści, sportowcy, medaliści olimpijscy oraz podróżnicy, którzy prezentują najpiękniejsze monety okolicznościowe NBP."

Otóż jak się okazuje najwybitniejszymi przedstawicielKAMI polskiego świata kultury i życia społecznego są głównie aktorki i prezenterki. I nie żebym zarzucał coś autorowi zdjęć, albo tym bardziej żebym negował dorobek tych wspaniałych kobiet, które z przyjemnością oglądam i słucham. Odniosłem po prostu smutne wrażenie, że pominięto wiele ważnych postaci, choćby Janinę Ochojską, Hannę Suchocką, Agnieszkę Holland, Marię Janion, Agnieszkę Graff i wiele innych. Kobiety nauki, polityki, społeczniczki, kobiety, które osiągnęły o wiele więcej niż niejeden mężczyzna. Może w innych miastach dobór sylwetek był lepszy, może wymienione akurat przeze mnie panie są trudno dostępne albo odmówiły, co nie zmienia faktu, że przy niewielkim wysiłku można byłoby poszukać więcej i bardziej różnorodnych postaci kobiecych jakże ważnych dla kultury i społeczeństwa.

Nieświadomie (jak podejrzewam) twórcy akcji pokazali rolę kobiet w polskim życiu publicznym, jako dobrze wyglądających, ale mało istotnych, ozdób i urozmaicenia w męskim świecie.

Tymczasem w naszym zalążku spółdzielni najbardziej pracowita i zdeterminowana do działania jest właśnie kobieta i chwała jej za to. 

P.S. W trudnych chwilach, pamiętaj Aniu, że postawiłem Cię w klasyfikacji ponad Joannę Szczepkowską ;D

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Wschód kultury

Ostatnio odbył się wernisaż wystawy „Podróż na Wschód”. Wydarzenie to, pomimo że często nawiązywało do przeszłości, tchnęło świeżością i było wiosną w środku lata. 

Sztuka nie zaszyła się bezpiecznie między ciasnymi murami galerii, ale wyszła na zewnątrz, aby pozdrowić białostockich przechodniów i przypomnieć o sobie. W pejzażu miejskim pojwiły się fokusy, których nie sposób minąć obojętnie. Najbardziej charakterystycznym z nich, kontrowersyjnym i medialnie nagłośnionym jest mapa Azerbejdżanu ułożona na dziedzińcu Pałacu Branickich z póltorej tony warzyw, które będą przez dwa miesiące sobie gnić, rozkładać się i śmierdzieć. Przesłanie artysty o sytuacji kraju wydaje się być aż nadto czytelne.

Jednak to, co okazało się być najbardziej inspirujące i wniosło w moim odczuciu najwięcej, mieści się w Starej Elektrowni przy ulicy Elektrycznej. Największe wrażenie zrobiła na mnie instalacja, wykorzystująca minimum środków (kilka dzianych strzępów porozrzucanych na podłodze w ciemnym, przypominającym ciasną, mroczną piwnicę pomieszczeniu). Automatycznie uruchomiła szereg skojarzeń z torturami, więzieniem, wojennymi obozami pracy. Odczucie, jakie wzbudziła, było piorunujące.

Samo miejsce, jakim jest budynek Starej Elektrowni, odegrało znaczącą rolę w odbiorze sztuki. Specyficzny, stęchły zapach unoszący się w powietrzu, industrialna architektura, czas zaklęty w murach i unikatowej podłodze z drewnianych klocków (coś w rodzaju bruko-parkietu) musiały wpłynąć na wyraz i odbiór prezentowanych dzieł.

Liczył się także sam dzień wernisażu, bo miło jest przecież poprzebywać wśród interesujących ludzi, a czasami i pośmiać się w duchu z tych, którzy najbardziej „snobizują się sztuką” :)

Osobiście cieszył mnie również fakt, że wystawę obejrzałam wraz z moją najbliższą rodziną i przyjaciółmi. Mój półroczny synek towarzyszył mi cały czas, wygodnie usadowiony w chuście i był najsurowszym z krytyków, gdyż naturalnie reagował na wszystko, co pobudza zmysły i przyciąga uwagę, a na widok zakonnicy odkurzającej ołtarz w jednym z filmów rozpłakał się. 

Życie kulturalno-towarzyskie Białegostoku kwitnie. Fajnie obserwować progres, uczestniczyć w wydarzeniach, które tchną świeżością i inspirują do działania. Miasto pięknieje nie tylko pod względem wizualnym, ale również duchowo, ponieważ twórcza energia zaraża, zatacza coraz szersze kręgi i uderza z coraz silniejszą mocą.

Koleżanki i koledzy z grupy inicjatywnej Akcja Kooperacja trzeba brać się do roboty! Mamy pomysły, umiejętności, chęci i zapał. Jestem pewna, że stworzymy miejsce kolorowe, wyjątkowe, fantastyczne, które nie pozostanie obojętne dla kultury, sztuki i pozytywnej, białostockiej atmosfery. 

Wprost nie mogę się doczekać!!!

niedziela, 7 sierpnia 2011

Ptak mi na głowę nasrał

Tak, właśnie dziś, po raz pierwszy w życiu, nasrał mi na głowę ptak. Mama, zamiast mi należycie współczuć, popłakała się ze śmiechu, jakby to śmieszne było, ale na koniec skwitowała, że to na szczęście i pomogła mi usunąć ten obiekt z mej bujnej grzywy. Cóż, początki szczęścia bywają trudne.

Nie od razu Kraków zbudowano. Podobnie jak nasz SSAK w Białymstoku (Spółdzielnia Socjalna Akcja Kooperacja w Białymstoku) nie pojawił się z dnia na dzień. Trochę czasu upłynęło zanim się narodził. Na razie jest jeszcze maleńki, trzeba go doglądać, dbać o niego, dom mu znaleźć, odziać należycie i zaplanować jego przyszłość, jak przystało na nowoczesnych rodziców. Ja do najlepszych matek nie należę, zaniedbuję ostatnio naszego ssaczka :( Obiecałam innym matkom i ojcom, że wymyślę mu jakieś ładne wdzianko, ale pomysłów mam bez liku i nie wiem na co się zdecydować, a on biedny goły. Dam mu na pociechę słój pomidorów. Niech sobie trochę poje, a ja się jeszcze pozastanawiam.


W każdym razie, nie mogę się doczekać momentu, gdy będę biegła do swojej wymarzonej pracy, gdzie będą czekać na mnie ludzie, których uwielbiam i będę robiła to, co kocham. No i, co najważniejsze, będę mogła się tym dzielić z innymi, może właśnie z Wami :) Chcieć to móc. Wierzę, że się uda, choćby dlatego, że na głowę nasrał mi dziś ptak ;)

sobota, 6 sierpnia 2011

Może jest szerokie i głębokie

Nazwa już jest. Pierwsze burze mózgów i życzeniowe orgie marzeń wyłoniły najbardziej realne w realizacji pomysły. Blog działa i funkcjonuje, a niniejszy tekst jest tego żywym dowodem. Mamy wyobrażenie odnośnie tego gdzie chcielibyśmy mieć naszą siedzibę. Później dogadamy takie szczegóły jak elewacja kominka, kształt tarasu i szyld na drzwiach wejściowych. Wiemy też mniej więcej, kto co potrafi i kto czym chce się zajmować. Może ostatnie zdanie zabrzmiało banalnie, ale jak dla mnie to już całkiem sporo

Statut przetrwał pierwsze próby jego teoretycznego testowania w niezbyt radykalnie zmienionej formie. Regulaminy władz spółdzielni też są i dzielnie wspierają ten powyższy w swej parytetowo-nie-patriarchalnej formie. Kooperantki i Kooperanci dokształcają się dzielnie ze znajomości podstawowych zagadnień ekonomii społecznej siedząc zakopani po uszy w darmowych i pożyczanych broszurach informacyjnych i innych publikacjach znalezionych w internecie oraz tych, zaoferowanych nam hojnie przez Ośrodek Wspierania Organizacji Pozarządowych. Brniemy odważnie przez rozstępujące się przed nami ustawy, które jeszcze niedawno wydawały się Morzem Czerwonym nie do przebycia.

Jak na razie dzieje się to wszystko wywołane jedynie siłą naszej wspólnej woli. Nie mamy jeszcze na czele żadnej figury przewodnika lub przewodniczki z laską, będącą atrybutem władzy. Tak by nikt się nie obruszył, nie zamierzam użyć słowa „berło”. Chodzi mi jednak właśnie o coś takiego. Atrybut władzy, ale jednocześnie, przynajmniej w swoim wymiarze symbolicznym, znak siły opiekuńczej, a także artefakt umożliwiający wywoływanie cudów. „Laska” to jednak lepsze słowo. Będzie w przyszłości dzierżona przez kogoś (w pewnym sensie nawet przez grupę osób), kto zwykłym stuknięciem owej laski zmusza wspomniane wyżej morze biurokracji do rozstąpienia się przed nami, albo w innej sytuacji sprawia, że ze skały wypływa obfite źródło wody, z którego mogliby się napić „lud i bydło”. Będzie dzielić sprawiedliwie, nagradzać za zasługi i karać za przewinienia. Taki jest przynajmniej model idealny. 

To wszystko jest oczywiście domeną przyszłości. Wybór władz czeka nas na zebraniu założycielskim spółdzielni socjalnej poprzedzającym rejestrację. Jeszcze trochę wody w „Białce” upłynie zanim staniemy się świadkami i uczestnikami tego wiekopomnego wydarzenia. Jak na razie stoimy jeszcze przed jednymi z trudniejszych wyzwań spółdzielczych na tzw. etapie przedprodukcyjnym. Biznesplan i wszystkie jego elementy włącznie z analizą SWOT, w której sensowność wątpiłem już wiele razy w przeszłości… i kto wie, może właśnie dlatego niewiele wyszło z tych dawnych, niedoszłych inicjatyw. Oprócz tego, wspomniane wyżej morze biurokracji rzuca nam trzeci z kolei, możliwy termin rozwiązania pewnych kwestii związanych z ewentualnym finansowaniem naszej inicjatywy. „Do trzech razy sztuka” jak to mówią. A morze, jak morze! Nieubłagane i niewrażliwe na krzyki tonących w trakcie sztormu. Może kiedyś wystarczyłaby jakaś krwawa ofiara dla Posejdona. W tym przypadku liczyłbym chyba jednak na ślepy traf. Może ten trzeci termin okaże się jednak ostatecznym. Tego sobie i Wam życzę! Dzisiaj, 6 sierpnia 2011r. i nie tak jak u Ernesta; raczej z osobistą okazją. Dowiedziałem się właśnie, że w kolejnej instytucji odrzucono moje dokumenty aplikacyjne. Dalej jestem bezrobotny. :)

czwartek, 4 sierpnia 2011

Producent zamiast scenarzysty...

Do niedawna miałem dylemat, zdawać czy nie zdawać na reżyserię, chciałem pracować jako scenarzysta. Porzuciłem myśl o dalszych studiach ze względu na inne pomysły. Kilkakrotnie w życiu zaczynałem rzeczy, których potem nie kończyłem. I nie mam tu na myśli łóżka. Projekt, którego powodzenie zależy od kilku osób zaczyna być dla mnie niepokojący. Tak było dawniej, teraz próbuję sobie wyjaśnić, że zaufanie zaprocentuje i będę mógł pisząc zarabiać, może łącznie z gotowaniem i paroma innymi rzeczami. Tak naprawdę brak by mi było środowiska pracy w zwykłym dniu, gdybym zarabiał na życie pisząc, a mając ograniczony kontakt z ludźmi. Uwielbiam gotować, wciąż obserwuję mijane przez siebie restauracje i nie znajduję wegetariańskiej przystani. Jeśli znajdę, dowiecie się pierwsi. Placki ziemniaczane z sosem kurkowym stały się ostatnio obiektem pożądania i kpin wielu konsumentów i smakoszy. Codziennie mijam pod sklepem grzybiarzy, siadam na krzesła wykonane na masową skalę, ogólnie dostępne obuwie, odzież. W jakim kierunku podąża moda? Chcę, żeby miejsce, w którym będę pracował propagowało modę na ekologię i książkę. Filmy, teatr, cała reszta, łącznie z produkcją również. Jestem znudzony klubami w Białymstoku.

Właśnie jest planowane otwarcie klubu, nie powiem jakiego, może pozwiedzam, ale teraz szukam lokalu dla wegetariańskiej kuchni i dla spółdzielni. W oparciu o jakie zasady chcieliby państwo wychować swoje dzieci? Jak ktoś, kto postanowił zająć się pisaniem dramatów i powieści, nagle przyłącza się do ludzi zapalonych pomysłem założenia spółdzielni? Nie wiem, jak mam być członkiem grupy tworzącej biznesplan dla działu produkcyjnego, o którym nie mam zielonego pojęcia? Może łatwiej mi pójdzie z archiwizowaniem lokali, pomyślałem. Ale nie mogę zgrać danych z aparatu, żeby dokumentować zdjęciami, bo pracuję na pożyczonym laptopie bez czytnika kart. Jeśli zechcę to przyczepię się do roweru, który zepsuł się na dobre. Kolega obiecał złożyć. Każda sprawa woła o współpracę. Będę dla siebie mniej surowy i zaczekam aż okaże się, że zagrożony wykluczeniem to znaczy zmobilizowany włączeniem. Ja siebie juz włączyłem i częste spotkania w sprawie organizowania Akcji Kooperacja pobudzają moje przekonanie o powodzeniu. Widzę wszystkich jak deszczowy las. Ekologicznie i pokojowo.

Bardzo uważam, żeby się nie rozczarować, w domu mówią, że za prędko się zapalam do pomysłu. Podtrzymajcie mój zapał, niech będzie wiadomo, że ekonomia społeczna jest furtką, przez którą można powrócić do aktywności i działać w porozumieniu z fajnymi ludźmi, myślącymi podobnie. To naprawdę zaangażowani ludzie, tylko to mnie przekonuje, o reszcie się dowiem, cieszy mnie, że otaczam się ludźmi z pasją, brzmi to płasko i jak z taniej prasy, ale że mają pewność, nie wiem skąd. Układamy coś, jakby same spadały puzzle, nikt nie krzyczy, po prostu każdy coś dokłada. Lubię trochę bałaganu, ale od teraz porządek jest fajny, nawet poświęciłem czas na przemeblowanie w swoim pokoju. Zarażam się spółdzielczością, teraz wyjazdy prywatne też planuję z innymi częściej, niż kiedyś.

Byłem na grzybach z dwoma kolegami, uległem kurkowemu szaleństwu, na pizzy, na plackach ziemniaczanych, z cukinii.

W lesie trzeba wyważyć odległość, żeby się nie zgubić, bo wtedy nawet znalezisko może nie być warte samotnej nocy na pustkowiu. Czuję wsparcie i dobrą energię, zapowiadają się zbiory, będę czekał cierpliwie. Niedługo pocieszę się sosem kurkowym, może w towarzystwie jakiejś dziewczyny, nie warto jeść samemu, dlatego knajpka wege w spółdzielni będzie w sam raz, niedługo się przekonamy.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Kobieta jest skomplikowana :)

Czy często myślicie o sobie samych? Wiem, to nietypowe, pokręcone pytanie i zapewne ciekawi Was jego kontekst. Oczywiście moje myśli krążą wokół konkretnego problemu i dlatego je zadałam.

Zastanawiam się, jak często czujecie potrzebę autorefleksji, analizy swoich zachowań, cech charakteru i osobowości. Zabrzmi to dosyć niedojrzale i na dodatek banalnie, ale czy patrząc w lustro nie zadajecie sobie czasem pytania, kim jesteście.

We mnie taka refleksja nad własną tożsamością (typowa zresztą dla nastolatek :)), budzi się ostatnio bardzo często. Ma to związek z moim prywatnym życiem, z metamorfozą, jaka ostatnia w nim nastąpiła. Zostałam mamą. Świat się wprawdzie nie zmienił, ale ja, niczym Alicja w krainie czarów, widzę go innym niż dotychczas. Podobnie zresztą jak w baśni jest on nie tylko zdumiewający, ale również niebezpieczny. Nie mam na myśli wypadków, katastrof, zamachów terrorystycznych, ani innych wydarzeń, o jakich wiemy z telewizji i innych mediów. Martwią mnie mniej spektakularne, często prawie niewidoczne, choć bliskie, namacalne, dotykające najprawdopodobniej nas wszystkich, problemy.

Jestem kobietą. Wiem to na pewno. Każda cząstka mnie wydaje się mówić o tym fakcie. Zastanawiam się tylko nad tym, na ile ta kobieta jest sobą, a na ile fałszywym obrazem kogoś, kim według społeczeństwa być powinna. Czuję podskórnie, że gdzieś kryje się fałsz, że nie zawsze postepuję i myślę o sobie w zgodzie z sobą samą i nie jestem w pełni swobodna.

Co określa moją kobiecość? Nie mogę się uwolnić od myśli, że to mężczyzna ją określa. Nie wiem, czy potrafiłabym bez niego nie tylko żyć, ale nawet siebie lubić. Jakby bez niego nie było mnie.

Dlatego właśnie zastanawiam się, na ile od mężczyzny jestem zależna, jak bardzo usunęłam się w jego cień, na ile daję się podporządkować bez walki o swoje „ja”. Odpowiedź na te pytania nie jest łatwa i oczywista. 

Różnice pomiędzy możliwościami, jakie mają mężczyźni i kobiety (na szczęście) stają się coraz mniej widoczne. Teoretycznie możemy to samo, mamy identyczne prawa. Przejawy dyskryminacji tym samym stają się coraz subtelniejsze, trudniejsze do wychwycenia, mniej oczywiste niż te, jakie kojarzymy sprzed dziesiątek lat, gdy wszystkie kobiety były szczęśliwymi matkami, żonami, a nade wszystko gospodyniami. Z perspektywy człowieka współczesnego równouprawnienie jest niemalże faktem.

Dlaczego więc mam wrażenie, że coś jest nie tak? Że nie zawsze to ja podejmuję decyzję o swoim własnym losie i nie moje wybory o nim decydują. Czasam czuję się, jakbym miała lat pięć. Można na mnie nakrzyczeć, narzucić mi coś, kazać. Kiedy się temu sprzeciwię, pozostaję dzieckiem, tylko krnąbrnym i zbuntowanym. Jeśli się rozpłaczę, tym bardziej okazuję się być małą dziewczynką. Mogę też nic z tym nie robić i wtedy będę kobietą.

W gronie prawdziwych przyjaciół jestem zarówno kobietą, jak i sobą.

Statut Akcji Kooperacja został sformułowany tak, aby nie faworyzować żadnej płci. Wszelkie terminy rodzaju męskiego, które pogłębiały stereotypy płciowe i wskazywały na dominującą pozycję mężczyzny w społeczeństwie zostały usunięte, a na ich miejscu pojawiły się wyrazy niewyróżniające żadnej płci. Na przykład: zamiast „członka” spółdzielni, pojawiła się w tekście statutu, ku uciesze i zdumieniu niektórych :), „osoba korzystająca z członkowstwa”. Natomiast przewidziane wybory do zarządu i rady spółdzielni zostały skonstruowane w oparciu o zasadę parytetu płci.

Cieszę się, bo mam wokół siebie ludzi, którzy dbają i walczą o mnie niekiedy nawet bardziej, niż ja sama. Oni rozumieją, iż usuwam się czasami w cień nie dlatego, że natura tak chciała, ale ponieważ mnie tam wepchnięto i przyzwyczaiłam się do tego tak bardzo, że wydaje mi się to koniecznością, wygodą, może nawet przyjemnością. A ja chcę być niezależna, produktywna i silna dla siebie i swojego synka! Dla nas pragnę zmieniać siebie i świat.