Grupa zaprzyjaźnionych, młodych ludzi z Białegostoku decyduje się założyć spółdzielnię socjalną. Mają głowy pełne pomysłów, ogromną chęć do pracy i mnóstwo pozytywnej energii. Czy to wystarczy, aby zrealizować nowe marzenie? Czy realia nie okażą się zbyt skomplikowane i ograniczające? O tym, czy idealizm i zapał młodych zwyciężą dowiemy się już wkrótce. Wszystkich ciekawskich i wszystkie ciekawskie zapraszamy do śledzenia losów Akcji Kooperacja.
piątek, 26 sierpnia 2011
środa, 24 sierpnia 2011
Nieistniejąca logika, chory sens.
Białystok ma całkiem niezłe reklamy. Województwo podlaskie też fajnie się promuje. Przynajmniej w porównaniu z poprzednimi latami i piszę to oczywiście wyłącznie ze swojego punktu widzenia. Filmiki promocyjne, jak to reklamówki - ładne, barwne, z pozytywnym przekazem. Na każdej niemalże podkreślany aspekt wielokulturowości. Że niby jest naszą dumą, radością i wzbogaca lokalną społeczność.
Żubr z logo województwa podlaskiego składa się z wielokolorowych pikseli. Symbolizować mają zapewne różnorodność naszej kultury. W rzeczywistości żubr ten powinien być czarny, tak jak podpalone drzwi mieszkania jednej z białostockich rodzin.
Zniszczone elewacje w synagogach w Krynkach i w Orli, zdewastowane pomniki i obcojęzyczne tablice, podpalenie domu modlitwy. To doniesienia tylko z ostatnich dwóch tygodni. Ukazuje się nam obraz całkiem nieprzyjaznego regionu, zwłaszcza jeśli dołożyć do tego relacje wielu osób z zagranicy (studentów, uchodźców, imigrantów) ich rodzin i znajomych, „standardowe” już ozdabianie murów swastykami i napisami przypominającymi początki ubiegłego wieku, nie tak dawne ataki na obiekty związane z Ludwikiem Zamenhofem i językiem esperanto.
Co na to władze? „Smutne, ale od porządkowania tego są służby.”
Co na to służby? „Przecież się nie podwoimy.”
Sąsiedztwo? Pewnie się boją i nie bez powodu zresztą. A poza tym, czy policjant lub radny się nie boi? W końcu też ludzie. Tylko czy tego strachu nie można pokonać? Czy musimy poczekać jednak na biały marsz ku czyjejś pamięci?
Kim są ci ludzie, którzy tak pieczołowicie dbają o „czysto polski” (przymiotnik określając zbiór właściwie pusty) wizerunek Podlasia? Nazywają siebie patriotami.
Moim zdaniem poznałem w ciągu ostatnich sześciu miesięcy wiele patriotek i wielu patriotów, chociaż żadne z nich się tak nie określiło. Co ciekawe dresy noszą najwyżej do biegania lub sprzątania, jeżeli łysieją, to z powodów naturalnych, a farb używają do odświeżania pokojów, ewentualnie malowania... na płótnie.
Działają na rzecz mieszkańców i mieszkanek Podlasia, urozmaicają ofertę kulturalną tego regionu i najzwyczajniej w świecie pracują, również NAD SOBĄ, by być jeszcze lepszymi ludźmi, choć i tak już są zajebiści i zajebiste.
Ale nie, pozwalamy prawicowym wykrętom (zarówno oszołomom z ulicy jak i demagogom zwanym politykami) zagarniać pojęcie patriotyzmu, przez co to słowo nie kojarzy się wielu Polakom i Polkom bynajmniej dobrze. Nie wyobrażam sobie, żeby moje życie było aż tak żałosne i mało wartościowe, żeby poświęcać je na gnębienie innych. Jak dużo strachu i niewiedzy trzeba w sobie mieć, żeby wylewać taką nienawiść? To chyba nawet nie jest wkurzające, to po prostu tragiczne...
wtorek, 23 sierpnia 2011
Miłość ma dwa zęby i gryzie
Uffff… W końcu mogę odetchnąć i skorzystać z tego, że mamy taką wspaniale wygodną, wielką sofę w mieszkaniu. Kolejny dzień ząbkowej traumy za nami. Edgarowi wyrzynają się dwie dolne jedynki. Są ostre jak igiełki, przecinają mu dziąsła, a on wariuje. Jeść nie, spać nie, tu nie, tam nie i wszystko- nie! Drżę na myśl, że to dopiero początek naszej zębatej przygody. Teraz zasnął, a ja mam chwilę spokoju.
Zaraz? Mam PRAWIE chwilę spokoju, bo mój mąż z kolegami z zespołu urządzili próbę piętro niżej. Dodam, że grają metal, który raczej nie należy do najcichszych gatunków muzycznych.
Moje chłopaki są wyjątkowo głośne. Dodatkowo brudzą, nie zawsze ładnie pachną, wymagają ode mnie sporo pracy i jeszcze więcej cierpliwości. Mimo to są dla mnie niemal wszystkim i zupełnie nie potrafię wyobrazić sobie świata i życia bez nich.
Rzeczywistość skonstruowana jest w ten popaprany sposób, że kocha się przeważnie tych, którzy są upierdliwi i mają ten jakże wyjatkowy dar doprowadzania nas do szewskiej pasji. Może zresztą to i dobrze, bo przecież miłość trudna nie jest nudna, za to wesoła i można się pośmiać, choć czasami przez łzy.
A propos trudnych relacji! Spotkaliśmy się dzisiaj w naszym, spółdzielniowym gronie, po długiej przerwie, aby zacząć konkretne prace nad biznesplanem. Muszę przyznać, że biznesplan i ja chyba się w sobie zakochaliśmy.
Biznesplan jest stuprocentowym mężczyzną. Wiem to na pewno, bo go za cholerę nie ogarniam, przez co wzbudza on we mnie ciekawość i rozpala dzikie rządze. Zapowiada się długotrwały, namiętny romans z biznesplanem.
Mężu, który nie wiem, czy czytasz mojego bloga, w najbliższych dniach będziesz musiał powalczyć o mój czas i serce z wyjatkowo silnym i wymagającym rywalem. I co ty na to?
Etykiety:
aktualności,
Ania,
spółdzielnia
sobota, 20 sierpnia 2011
Nieznośna ciężkość patosu
Spółdzielnia socjalna na etapie grupy inicjatywnej to bardzo eteryczny twór. „Eter” to według pewnego bardzo przydatnego słownika: „wypełniający Wszechświat ośrodek, będący nośnikiem fal elektromagnetycznych” (w ujęciu filozoficznym). Etymologicznie wiąże się z „czystym powietrzem, niebem, a więc mieszkaniem bogów, w końcu zasadą bytu, czyli tym samym źródłem życia, a inaczej piątym żywiołem”. Hmmmm… Staramy się być skromni. Gdy słyszymy takie słowa jak „zasada bytu” to szybko orientujemy się, że jesteśmy o krok od patosu, prawda?
Czasami wkrada się on wbrew naszej woli do rozmyślań o przyszłej spółdzielni. Zazwyczaj przymykamy na to oko i pozwalamy mu ogrzać się chwilkę przy kominku w letnie wieczory (coraz bardziej lodowate ostatnimi czasy). Doświadczenie nauczyło nas, że jak tylko posiedzi już chwilkę to zaczyna śpiewać Międzynarodówkę. Na początku cicho, później coraz głośniej i żwawiej jak ktoś tylko poczęstuje go alkoholem. Twierdzi, że lubi samogon 70-cio procentowy, ale jak się już napije to nagle, niespodziewanie okazuje się, że wcale nie gardzi przedrewolucyjnymi rocznikami Château Margaux.
Z czasem rozpoczyna agitację wśród ludzi na mieście, poczynając od sprzątaczy, a kończąc na kucharzach, radnych, turystach i innych zbłąkanych wędrowcach. Gdy tylko dorwie się do prasy, to drukuje ulotki w piwnicach. W końcu zaczyna domagać się od miasta Pałacu Tryllingów dla nowopowstałego komitetu partyjnego i zbiera ołowiane żołnierzyki pozostawiane gdzieś po kątach w różnych pokojach na przestrzeni wielu lat, aby w końcu wzniecić rewolucję i najlepiej spopielić cały dotychczasowy porządek, aby w jego miejscu postawić kolejną fabrykę z trocin.
Patos to ktoś całkiem zabawny, ale równie irytujący także zazwyczaj, jak już się nieco ogrzeje, napije i napełni skurczony żołądek to w wyniku powodowanej przez niego prędzej czy później burdy musimy wywalić delikwenta na zbity pysk… Tyle w kwestii zdrowo rozumianej gościnności.
czwartek, 18 sierpnia 2011
Ponowne narodziny
Jest dzień, jakich wiele każdego tygodnia, jest tydzień, jakich mnóstwo w ciągu roku, jest rok, jaki może zaowocować za wiek, jest jesień, która może powalić drzewo. Ciemność, dookoła mnie kształty pozjadały się nawzajem. Potrącam coś i wyczuwam ramy okna, rozsuwam kotary, szarpię za klamkę, w przypływie niepokoju tłukę szybę, otwieram okiennice. Oślepiające światło wchłania mnie i automatycznie wydostaję się na zewnątrz. Świeże, chłodne powietrze wybucha przede mną i omal nie spadam z wrażenia. Teraz, nieco oszołomiony, staję na gzymsie. Jest wysoko, nie wiem jak bardzo, bo widzę nieostro. Jest tylko kontrast czarnej dziury i słoneczna wizja przede mną. Jeszcze się nie nauczyłem patrzeć. Widzę niemrawy horyzont unoszący się jak dym nad rozgrzanym, huczącym mrowiskiem ludzi, kontrolujących emocje, przystrzyżone trawniki, zeszyty w jednym formacie, nad nimi komórki, ptaki, chrabąszcze, wszystkie dzieci usadowione w kółku, wszyscy dorośli samotnie sterczący nad projektem kolejnego dnia, w uścisku trzymający się kurczowo kalendarza i listy zobowiązań, która powiększa się codziennie.
Narodziny, mam nadzieję, że zobaczę narodziny czegoś nowego, co da mi spokój ekonomiczny, przyjazne środowisko pracy, możliwość pomagania innym i sobie. Przede wszystkim pomagamy sobie. Każdy, kto widzi osobę potrzebującą pomocy albo pragnącą rozrywki nagradza siebie albo pomaga sobie.
Oszczędnie obdarowujemy siebie i innych. Teraz trzeba być hojnym. Tworzyć coś z innymi, stoję nadal na gzymsie i bujam się do skoku. Na dole prawdopodobnie jest ocean, który moje wnętrze czuje jak falujące głowy, jak wytłaczankę pełną jajek, jak kosz owoców, jak wszystko, co wspólne, niewidoczne i pochłaniające jak woda, niebezpieczne i życiodajne.
Wewnętrzne dziecko domaga się gniewu, pocieszenia, bezpieczeństwa wreszcie i spełnienia. Potrzebny jest do tego człowiek, idea, plan i to, po co ciągle powstają nowe projekty, czyli pieniądze.
Planowanie i pieniądze… Jestem za mądry na to, by wyprzedziły mnie puste przestrzenie mojego pomysłu. Widzę w nim nieustannie ludzi krzątających się wokół wspólnego dobra. Moja wizja jest bezpieczna. Nikt jeszcze nie wie, jak duży skok trzeba będzie wykonać, żeby na świat mogła przyjść kolejna piękna inicjatywa. Ciężarne umysły koncentrują się na projekcjach, wielki wybuch nie nastąpi. Wszystko kładziemy powoli, to nie piramida oszustw, ale codzienna praca pro publico bono, ale przed wszystkim dla dobra nas samych i dla mnie, dlatego jest tak ważna. Blog tu i teraz…
Nie wspomnę o żadnej spółdzielni, nie zacznę od uścisku dłoni prezesa, nie wyjawię myśli, która zdolna jest położyć fundament pod wspólny wysiłek. To wszystko każdy z nas ma w sobie. Jeśli Wy, Czytelnicy, nie rozumiecie zwyczajnie o co chodzi w blogu Akcji Kooperacji, to powiem, że Was słucham i Wiem o Waszych wątpliwościach. Nie wpisałem nic w ubiegłym tygodniu z jakiegoś powodu. Poczekajcie jednak razem ze mną, idźcie tam, gdzie chcecie, wszystko jedno. Może Wasza droga zaczyna się gdzie indziej, ale skoro interesują Was inne, to znaczy, że akceptujecie wielość i potrzebujecie poczuć kontekst i zobaczyć ostro coś własnego na tle innych. Nie jesteśmy Supermanami, przechodzimy codziennie obok Was i któregoś dnia otworzymy okno i wyleci na Was rój motyli, na razie opancerzeni w artykuły i pomysły budujemy wehikuł, który będzie dla Was tworzył kolory i światła, dla Nas także, My i Wy to jedno. Potrzebujemy Waszej obecności, dlatego dzielimy się swoją…
Narodziny, mam nadzieję, że zobaczę narodziny czegoś nowego, co da mi spokój ekonomiczny, przyjazne środowisko pracy, możliwość pomagania innym i sobie. Przede wszystkim pomagamy sobie. Każdy, kto widzi osobę potrzebującą pomocy albo pragnącą rozrywki nagradza siebie albo pomaga sobie.
Oszczędnie obdarowujemy siebie i innych. Teraz trzeba być hojnym. Tworzyć coś z innymi, stoję nadal na gzymsie i bujam się do skoku. Na dole prawdopodobnie jest ocean, który moje wnętrze czuje jak falujące głowy, jak wytłaczankę pełną jajek, jak kosz owoców, jak wszystko, co wspólne, niewidoczne i pochłaniające jak woda, niebezpieczne i życiodajne.
Wewnętrzne dziecko domaga się gniewu, pocieszenia, bezpieczeństwa wreszcie i spełnienia. Potrzebny jest do tego człowiek, idea, plan i to, po co ciągle powstają nowe projekty, czyli pieniądze.
Planowanie i pieniądze… Jestem za mądry na to, by wyprzedziły mnie puste przestrzenie mojego pomysłu. Widzę w nim nieustannie ludzi krzątających się wokół wspólnego dobra. Moja wizja jest bezpieczna. Nikt jeszcze nie wie, jak duży skok trzeba będzie wykonać, żeby na świat mogła przyjść kolejna piękna inicjatywa. Ciężarne umysły koncentrują się na projekcjach, wielki wybuch nie nastąpi. Wszystko kładziemy powoli, to nie piramida oszustw, ale codzienna praca pro publico bono, ale przed wszystkim dla dobra nas samych i dla mnie, dlatego jest tak ważna. Blog tu i teraz…
Nie wspomnę o żadnej spółdzielni, nie zacznę od uścisku dłoni prezesa, nie wyjawię myśli, która zdolna jest położyć fundament pod wspólny wysiłek. To wszystko każdy z nas ma w sobie. Jeśli Wy, Czytelnicy, nie rozumiecie zwyczajnie o co chodzi w blogu Akcji Kooperacji, to powiem, że Was słucham i Wiem o Waszych wątpliwościach. Nie wpisałem nic w ubiegłym tygodniu z jakiegoś powodu. Poczekajcie jednak razem ze mną, idźcie tam, gdzie chcecie, wszystko jedno. Może Wasza droga zaczyna się gdzie indziej, ale skoro interesują Was inne, to znaczy, że akceptujecie wielość i potrzebujecie poczuć kontekst i zobaczyć ostro coś własnego na tle innych. Nie jesteśmy Supermanami, przechodzimy codziennie obok Was i któregoś dnia otworzymy okno i wyleci na Was rój motyli, na razie opancerzeni w artykuły i pomysły budujemy wehikuł, który będzie dla Was tworzył kolory i światła, dla Nas także, My i Wy to jedno. Potrzebujemy Waszej obecności, dlatego dzielimy się swoją…
środa, 17 sierpnia 2011
Kłirzyca
15 sierpnia 2011r., Park Planty przy fontannie na Alei Zakochanych, godzina... późna. Leżymy z Bliską Sercu Duszą na brzegu niekwestionowanej atrakcji turystycznej stolicy województwa podlaskiego. Wokół mnóstwo ludzi, reflektory uderzające strumieniami światła w korony drzew, zgięte po przekątnej kartki papieru stojące niejako na tafli wody (przyjmijmy, że przedstawiają ptaki) oraz muzyka - momentami niepokojąca i przywołująca sny o ludziach rozciąganych na kole w ruinach zamku, momentami uspokajająca i stwarzająca przestrzeń do lepszych jakościowo rozmyślań. BSD zdradza pragnienie o życiu w komunie. Miała na myśli coś w rodzaju hippisowskiej wspólnoty, nie tęsknotę do wyrobów czekoladopodobnych, przynajmniej mam taką nadzieję.
Kiedy mówiła o wspólnym podejmowaniu niektórych decyzji, niezamykaniu się wyłącznie na bliski kontakt z partnerem czy partnerką, dzieleniu się zacieszami i podkowami na gębie (oby nie chorobami), przypomniał mi się serial "Przyjaciele", a że żywię do tej produkcji pewien sentyment, to pomysł komuny mi się spodobał. To nawet kłirowe. Chyba mogę w skrócie stwierdzić, że kłir (albo jak kto woli: queer), to coś niemieszczącego się w normach społecznych. Nie mogę? Ha! Słowo się pisnęło i jest to już problem Twojej percepcji, idź ugotuj se bobu. Jak pisze Chmielewska: „Jeśli ktoś nie lubi bobu, jest wynaturzonym dziwolągiem i niech sobie tyje, ile mu się żywnie podoba.”
Koniec złośliwości, wracam do tematu.
Jest już więc kłirowa jednostka (nie)społeczna. Do tego dołożyć „życie zawodowe” w postaci spółdzielni, która rządzi się po części własnymi prawami (statutem), gdzie każda osoba wchodząca w jej skład jest równoprawnym współwłaścicielem lub równoprawną współwłaścicielką (a jeśli nie określa płci, równoprawn współwłaści - równowłaści).
I w ten sposób mamy życie poza schematem, a trochę się w nim mieszczące, generalnie nieszkodliwe dla kogoś spoza.
Oczywiście, nieuniknione będą spory, kłótnie, walka na wazony, duszenie krawatem, rozbijanie kieliszków w zwolnionym tempie, rzucanie tortami i bukietami kwiatów. Trik polega na tym, żeby się dogadać, nie wychodzić, nie trzaskać drzwiami. Żeby po wszystkim posklejać zastawę, rozluźnić krawat, wytrzeć twarz z kremu i włożyć wiechcie z powrotem do wody. Czemu by nie? W końcu są gorsze rzeczy na świecie.
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
ul. Spółdzielcza 17, 17-666 Białystok
Białystok, 15 sierpnia 2011r
Droga Akcjo Kooperacja!
Tęsknię za Tobą bardzo. Brakuje mi naszych rozmów, chichów i śmiechów, wspólnej pracy, wymyślania, fantazjowania, uzgadniania, ustanawiania i ogólnie przebywania RAZEM. Dawno już się nie widziałyśmy, a ostatnio tylko przez chwilkę. Wzdycham do Ciebie i przebieram nogami na myśl o powtórnym spotkaniu.
Czy pamiętasz pierwsze chwile, jakie spędziłyśmy razem? Zabawy było co niemiara! Z wypiekami na policzkach i językiem na brodzie biegłyśmy do naszego miejsca schadzek. A tam? Godzinami dyskutowałyśmy na tematy poważne i mniej poważne, snułyśmy marzenia i plany na przyszłość i czułyśmy, że wszysko niemal jest możliwe i w zasięgu ręki. Loty w kosmos? Czemu nie? A może podwodna wyprawa po skarb piratów? To też możliwe! Razem możemy tak wiele osiągnąć
Ach!... Był czas na zabawę, ale przyszedł też czas na pracę. Pracować trzeba zarówno nad związkiem, jak i na rzecz tego związku. Zakasałyśmy rękawy i hejże do roboty! Aż wióry leciały i kurzyło się za nami! Pracowałyśmy prężnie i z wielkim zaangażowaniem! Tak miło wspominam te chwile i jestem dumna z tego, co udało nam się osiągnąć.
Lecz nadeszły wakacje. Czas wyjazdów, odpoczynku (również od siebie nawzajem) i leniuchowania. Każdy czmychnął w swoją stronę i bycząc się zbija bąki gdzieś nad wodą.
Akcjo Kooperacjo! Czy wypoczęłaś już wystarczająco, aby powrócić do pracy z podwójną chęcią i zaangażowaniem? Przed nami jeszcze wiele do zrobienia i z pewnością dużo wody upłynie, nim zbudujemy nasz pierwszy eko domek z drewna i gliny. Czekam na wieści od Ciebie i na nasze pierwsze spotkanie po wakacyjnej przerwie. Mam też nadzieję, że tęsknisz za mną równie mocno.
Bo jak powiada staropolskie porzekadło: „Po świętym Bartłomieju jedz kluski na oleju”
Pozdrawiam,
Ania
Etykiety:
Akcja Kooperacja,
Ania,
moja historia
Subskrybuj:
Posty (Atom)